poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Rozdział X

- Udało się, Molly. Jesteśmy w Gryffindorze. - Powiedziała Rose po zakończeniu uczty, kiedy szły do dormitorium Gryfonów, prowadzone razem z innymi uczniami przez opiekuna ich domu - profesor McGonnagall.
- Też się cieszę Rose, ale mało brakowało, a byłabym w Slytherinie. - Odparła uśmiechnięta Molly.
- A tak w ogóle, to jak ci się tutaj podoba? - Zapytała Rose. - Bo mi bardzo.
- Nawet chyba wiem czemu. - Zaśmiała się tajemniczo Molly.
Rose właśnie chciała zapytać, co ma na myśli, ale w tym momencie jej kuzynka wyjęła z kieszeni plan ich jutrzejszych zajęć.
- Nieźle. Pierwszy dzień nauki, a popatrz ile już mamy lekcji. - Jęknęła Molly.
- Na pierwszej lekcji mamy transmutację. Druga.. Molly zobacz eliksiry! Ze Ślizgonami. Pewnie się cieszysz, co?
Molly już miała coś powiedzieć kiedy ktoś za nią zawołał:
- Z czego macie się cieszyć? - Zapytał Albus.- Wszędzie was szukaliśmy z Frankiem.
- A ten dalej obrażony? - Zapytała szeptem Molly.
Albus wzruszył ramionami. Chociaż jego mina mówiła zupełnie co innego.
- Straszliwie podoba mi się ta szkoła! - Wyznał szczerze Albus, patrząc na wystrój długiego holu.
- Nam też. - Obie się uśmiechnęły. 
W końcu przyjaciele rozeszli się do swoich dormitoriów. Rose i Molly razem dzieliły całkiem duży pokój.
Kiedy znalazły się w łóżkach, jeszcze długo nie mogły zasnąć. Molly zaczęła rozmowę.
- Wiesz, Rose, już nie mogę się doczekać jutra. Jestem bardzo ciekawa czego będziemy się uczyć.
- Najpierw musimy postarać się tutaj nie zgubić. Ten zamek jest ogromny - Powiedziała Rose, a na jej policzkach pojawiły się przecudne dołeczki.
- Bardzo jestem ciekawa, jak będą wyglądać lekcje tutaj. Jacy będą nauczyciele... Co mamy po eliksirach?- Zapytała nagle czarnowłosa kuzynka.
Rose sięgnęła do kieszeni szaty i wyjęła nieco pognieciony plan zajęć.
- Po eliksirach mamy numerologię, potem opiekę nad magicznymi stworzeniami a na końcu historię magii. Okropnie dużo. 
- Na pewno nie będzie tak źle. - Rzekła optymistycznie Molly.
- Mam nadzieję - Uśmiechnęła się Rose, bawiąc się swoją różdżką. - Kim był ten całkiem ładny chłopak, z którym dzisiaj rozmawiałaś? - Powiedziała niespodziewanie.
- Jaki...Skąd ty... - Molly lekko się zarumieniła.
- Przestań się jąkać- Zaśmiała się Rose.
- Wcale się nie jąkam.
- No to jak on ma na imię?
- Sten. Sten Wested- Molly zrobiła zmieszaną minę.
- Co się stało?
- No bo wiesz... Powiedziałam mu, żeby przyszedł do wieży Gryffindoru. Ale wcale nie miałam zamiaru tego mówić. - Dodała szybko.
- No to chyba nie masz wyjścia.
Molly ziewnęła.
- Idę już spać, Rose. Dobranoc.
- Dobranoc Molly.
Rose nie mogła zasnąć. Za oknem padał deszcz. Uśmiechnęła się, kiedy przypomniała sobie ucztę powitalną i szelmowską twarz Scorpiusa. W końcu jednak zasnęła.

***

Obudziła się w środku nocy. Było jej potwornie zimno. W pokoju coś potwornie huczało. Przeszedł ją dreszcz. Po chwili zdała sobie sprawę, że to tylko jej śnieżnobiały puszczyk. Za oknem dalej padało, do tego wiał silny wiatr. Rose sięgnęła po zegarek. "Dopiero 3 nad ranem. Teraz już na pewno nie zasnę." - Pomyślała zdenerwowana. Wstała po cichu, żeby nie obudzić Molly. Popatrzyła na nią. Czarne włosy rozsypały się jej na poduszce, a rzęsy rzucały cienie na policzki. Rose podeszła do swojej sowy i pogłaskała jej puszystą główkę. "Jak tu ciemno. Prawie nic nie widzę." - Pomyślała. Nagle zachmurzone, ciemne niebo przecięła błyskawica. Z oddali dało się słyszeć głośny grzmot. Rose wystraszyła się. "Przecież to tylko burza." - Upomniała się w duchu. Nigdy nie bała się burzy ani ciemności. Nie robiły na niej wrażenia cienie w pokoju, kiedy nocą nie mogła spać. Postanowiła wrócić do łóżka i chociaż spróbować zasnąć. Wtuliła głowę w poduszkę. "Od razu lepiej."- Przemknęło jej przez myśl. Wsłuchała się w odgłosy padającego deszczu i szumu liści drzew. Już prawie zasnęła, kiedy usłyszała cichy odgłos kroków. "Śpij Rose. Tylko ci się wydaje. Przecież nikt normalny nie chodzi w nocy po korytarzu. Wszyscy śpią.". Jednak kroki zdecydowanie się zbliżały. Rose postanowiła obudzić Molly.
- Molly, obudź się!. - Prawie krzyknęła do niej, kuzynka jednak przekręciła się na drugi bok i spała dalej
- Molly!
- Rose, co ty...czemu ty nie śpisz...Która godzina? Miałam taki piękny sen...
- Molly, chyba ktoś kręci się na korytarzu. Słyszałam jakieś kroki.
Kolejna błyskawica przecięła nocne niebo. Uderzyła, jak za pierwszym razem. Teraz wyraźnie było słychać tajemnicze kroki.
- Rose, rzeczywiście. Co robimy? - Zapytała raczej podekscytowana, niż wystraszona "czarna".
- Nie wiem... Mogłybyśmy pójść i sprawdzić co lub kto to. - Zaproponowała Rose, a w jej oczach mignęły iskierki ciekawości.
- A co jak ktoś nas zobaczy? Na pewno będziemy mieć kłopoty. Jest dopiero pierwszy dzień szkoły a już się w coś wplątamy. - Molly próbowała odwieść i siebie, i Rose od tego pomysłu. - Chociaż z drugiej strony jestem bardzo ciekawa tego, co siedzi tam na korytarzu.
Uśmiechnęły się porozumiewawczo. Tyle razy robiły podobne głupstwa, więc długo się nie zastanawiały.
- Może powinnyśmy pójść po Albusa i Franka. - Zaproponowała przejęta nową przygodą Rose.
Molly pokręciła głową tak, że jej czarna czupryna jeszcze bardziej się rozczochrała.
- Lepiej nie. Wyśmieją nas, że niby się boimy.
Rose obojętnie wzruszyła ramionami. Naciągnęły swetry na piżamy i otworzyły drzwi. Rozległ się okropny odgłos zardzewiałych zawiasów. Miały dużo szczęścia, bo akurat w tym momencie rozległ się kolejny grzmot błyskawicy. Inaczej pewnie postawiłyby na nogi wszystkich Gryfonów. Odgłos kroków zdecydowanie narastał. Molly złapała Rose za rękę. Kuzynka uśmiechnęła się wymuszonym uśmiechem. Sama trochę się bała. Na ścianach zaczęły tańczyć cienie rzucane przez światła pochodni. Właśnie mijały damską toaletę, kiedy Rose poczuła, że kuzynka mocniej ścisnęła jej dłoń. "Jak to dobrze, że nie jestem tutaj sama." - Pomyślała. Kolejna błyskawica przecięła niebo. Na zewnątrz coś zawyło donośnie. "Co my tutaj w ogóle robimy?"- Zapytała samą siebie Rose. Nagle obie, w tym samym momencie poczuły czyjś dotyk na plecach.
- AAAAAA! - Krzyknęły przerażone. Odwróciły się i zobaczyły Argusa Flich'a - woźnego Hogwartu.
- Szwędamy się nocą po zamku? Nieładnie. Ja wam dam szczeniaki. W jakim jesteście domu?
- W Gryffindorze. - Powiedziała hardo Molly.
- Dostaniecie za swoje. Już ja się postaram, żeby profesor McGonagall dała wam porządną karę. - Powiedział ze złośliwym uśmiechem Flich.
Widać było, że karanie uczniów to dla niego wielka przyjemność.
- Zobaczymy. - Powiedziała Rose na tyle cicho, żeby tylko Molly usłyszała. Kuzynka od razu się uśmiechnęła.
- Też go nie lubię. - Szepnęła.
Obie pomimo swojej beznadziejnej sytuacji nie mogły się powstrzymać od śmiechu.
- Zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni. - Zdenerwował się Flich. Czuł, że jego autorytet gwałtownie maleje, przy srebrzystym śmiechu dwóch hardych panienek. 
- Co tu się dzieje? - Z komnaty po przeciwnej stronie wyszedł niski mężczyzna w śmiesznej czapce.
- Profesorze Slughorn. Jak dobrze, że się pan zjawił. Te dwie - Flich wskazał na stojące kuzynki palcem - włóczą się nocą po zamku i...
- Zostaw to mnie Flich. Zajmę się nimi. - Twarz profesora nie wróżyła nic dobrego. Molly spojrzała na niego hardo spod czarnych rzęs i porozumiała się z Rose wzrokiem,
- Mam nadzieję. - Burknął woźny i odszedł zostawiając kuzynki z profesorem.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Rose zaczęła przestępować z nogi na nogę. Molly zaś czuła, że za chwilę serce jej wyskoczy, od ciągłego, głośnego łomotania.
- Jak się nazywacie? - Zapytał nagle profesor bardzo miłym tonem, zupełnie nie podobnym do tego, którego używał w obecności Flicha.
- Jestem Rose Weasley.
- Weasley? Jak nazywają się twoi rodzice? - Profesor zdawał się być bardzo zainteresowany. 
- Hermiona i Ron Weasley. - Powiedziała Rose patrząc szczerze w jego oczy.
- Naprawdę? A ty jak masz na imię? I jak nazywają się twoi rodzice? - Zwrócił się do Molly.
- Jestem Molly, a moi rodzice to Angelina i Fred Weasley. - Powiedziała dumnie. Czego, jak czego, ale rodziców nie musi się wstydzić!
- A więc kuzynki? Wspaniale. Byłoby mi niezmiernie miło, gdybyście przyszły w piątek wieczorem na spotkanie Klubu Ślimaka. Musicie koniecznie opowiedzieć mi, jak wiedzie się teraz waszym rodzicom. Znałem ich, znałem... Teraz to tacy sławni czarodzieje. Taka okazja... - Mruknął do siebie. - Możecie iść i liczę na waszą obecność.
Rose i Molly nie były do końca pewne, o co chodziło profesorowi. Powiedziały tylko "Dobranoc" i szybko oddaliły się korytarzem. Kiedy mijały posąg jakiegoś czarodzieja w oddali zobaczyły postać, która szybkim nienaturalnym krokiem zmierzała w otaczającą ich ciemność rozjaśnioną światłem pochodni. Usłyszały taki sam odgłos kroków, który je obudził i ciche łopotanie peleryny tej postaci. Szybko wskoczyły za stojący obok nich pomnik, chociaż postać zniknęła już w ciemności.
- Molly, wracajmy do dormitorium.
- Mam nadzieję, że to już koniec na dzisiaj. 

***

Na dzisiaj może był to koniec, ale jednocześnie dopiero początek nowych kłopotów. Niestety ani Rose, ani Molly o tym nie wiedziały. Tej nocy pomimo burzy i czającej się w komnatach Hogwartu tajemniczej postaci, obie spokojnie zasnęły.

(Autorka: Kinga)

niedziela, 13 kwietnia 2014

Rozdział IX

Po z jednej strony dziwnej, a z drugiej śmiesznej lekcji eliksirów ,Mara nie widziała Blaise'a do końca lekcji. Po lekcjach zjadła tylko szybko coś na obiad i pobiegła do dormitorium po pierwszoroczniaków, których miała oprowadzić po szkole. Jednak nie tylko ona dostała takie zadanie. Umówiła się wraz z Laurą Scott i Albusem Potterem, że razem oprowadzą pierwszoroczniaków z ich domów.Od niedawna to własnie z Laurą i Albusem spędzała więcej czasu. Jej kontakty z Finnem i Elizabeth ochłodziły się, kiedy zostali prefektami. Zachowywali się jakby czuli się lepsi. W każdym razie najszybciej jak się dało pozbierała pierwszoroczniaków i pobiegła z nimi przed salę gdzie czekali juz Laura i Albus.
- Wreszcie. - Powiedział Albus wznosząc ręce ku niebu.- Już myślałem, że się nie doczekamy.- Uskrżał się.
- Sorki, Sprout zatrzymała mnie za rozlanie ropy z czyrakobólw po całej szklarni. - Odpowiedziała Mara podgryzając jeszcze jabłko.
- Ty to zawsze coś wykręcisz. - Zaśmiała się Laura, po chwili spoglądając na swoich pierwszoroczniaków. - Nie, Jasper, w duchy nie można rzucać książkami! - Wrzasnęła i pobiegła ku jednemu z pierwszoroczniaków. Mara zachichotała wdzięczna losowi, że jej pierwszoroczniacy są tacy grzeczni. Po chwili Laura wróciła do nich z rudym jak marchewka chłopcem trzymającym ją za rękę.
- Dobra to co? Najpierw pójdziemy do lochów? - Zaproponował Albus.
- Niech będzie. - Jęknęła Mara. Jakoś dziś lochy nie kojarzyły jej się za dobrze.
Do lochów doszli w spokoju nie licząc kilku przystanków na ,,siusiu". Przechodzili, tłumacząc wszystko po drodze dopytującym się pierwszoroczniakom, a w przerwach, gdy młodzi o nic nie pytali, spierali się, który dom jest najlepszy. Przy głównej klasie eliksirów Sluhgorna napadł ich jednak Irytek.
- Młodziaki śmieciaki, młodziaki śmieciaki! - Krzyczał, rzucając w młodszych uczniów kredą.
- Irytek wynoś się!- Krzyknął do namolnego poltergeista Albus, na co ten tylko wystawił język i wrócił do bombardowania młodzików kredami.
- Na to trzeba sposobem. - Powiedziała Mara do Albusa, po czym podeszła do wrednego duszka. - Irytku ,czy mam zawołać Krwawego Barona? Ostatnio widziałam go tu niedaleko. - Powiedziała ,a po chwili deszcz kredy się zatrzymał, a Irytek jeszcze raz pokazał im język i poleciał do pustej klasy. Reszta wycieczki zapoznawczej poszła dobrze, do czasu, gdy trójka przyjaciół nie przyprowadziła pierwszaków na wieżę astronomiczną. Nagle Mara poczuła, że ktos ciągnie ją za rękaw.
- Mogę iść do łazienki?- Zapytał jakiś pierwszak. Mariette westchnęła.
- Idź. - Powiedziała i patrzyła, jak pierwszak znika w korytarzu.
- Ej, Laura, Albus musimy poczekać na jednego z moich. - Poinformowała przyjaciół Mara. Oboje westchnęli ze zrezygnowaniem.
- Nie wiem jak wy, ale ja idę uprzykszyć Filchowi życie. Jak coś, będę w bocznym korytarzu odpalać łajnobombę. - Powiedziała Mara i oddaliła się ku bocznej uliczce. Była to wąska ciemna uliczka, prowadząca do łazienki chłopców. Z uwagi na sympatię do profesor Aurory Sinistry, Mara starała się odpalić bombę jak najdalej od jej gabinetu, by nie musiała znosić zapachu ,,zemsty puchonki". Gdy Mara już miała odpalić bombę, zobaczyła białą kartkę leżącą na podłodze. Podniosła ją powoli. Spojrzała na kartkę. Widniał na niej tylko jeden wyraz nabazgrany niestarannym i krzywym pismem.

Wampir...

Na początku Mara trochę przestraszyła się w związku z dzisiejszym artykułem w proroku, ale wtedy uświadomiła sobie, że nie potrzebnie jest informować o tym Laury czy Albusa, bo przecież to na pewno jakiś uczeń chciał zrobić sobie żarty, albo tak jak ona sama - przyprawić Filcha o zawał. Nie mówiąc nic, odprowadziła swoich puchonów do dormitorium. Po wycieczce, Mariette nie miała na nic siły. Opadła zmęczona na łóżko. Wiedziała że jeszcze przed nią astronomia, ale była tak padnięta, że zastanawiała się nad opcją symulowania choroby, ale szybko odrzuciła tę opcję z uwagi na nową pomocnicę pani Pomfrey w skrzydle szpitalnym. Postanowiła się zdrzemnąć i nie mysleć o wszystkich dzisiejszych ,,zawirowaniach świata". Nie wiedziała, że to dopiero początek.
 
***
Po kilku godzinach, Mariette obudziła się. Okazało się, że nie dość, że zaspała na kolację, to jeszcze już prawie spóźniła się na astronomię. Szybko wzięła z kufra książki i pióro, i pobiegła w kierunku wieży astronomicznej. Gdy już prawie była w klasie, zauważyła przy łazience dziewczyn wypływającą spod drzwi wodę. Chcąc zakręcić wodę, weszła do łazienki. Jednak tego co tam zobaczyła nie spodziewała się nawet w najgorszych koszmarach. W kałuży wody z dwoma rankami na szyi z pustym wzrokiem leżała Elizabeth. Była martwa. Mariette zaczęła krzyczeć na cały głos, a po chwili w łazience pojawiła się profesor Sinistra wraz z całą klasą.
 
(Autorka: Ella Nightmare)

piątek, 11 kwietnia 2014

Tak, jak obiecałam dodam dziś pierwszą recenzję bloga, który zajął miejsce w moim konkursie. Drodzy moi, przedstawiam bloga:


Autorką tego bloga jest Alice McGoodnes - dziewczyna, która jest naszą stałą czytelniczką, a jej komentarze są bardzo przydatne i wartościowe. Co do wyboru jej bloga nie miałam wątpliwości! Był jednym z najlepszych!
Autorka opisuje w nich niezwykłą historię kilku nastoletnich bohaterów. Główną bohaterką jej opowiadań jest 16 - letnia Leo.
Alice ma wyjątkowy dar pisania. Mało znam osób, które piszą tak lekko, zawierając jednocześnie w kilku wersach maksimum treści! Blog Alice ma mało wyświetleń. Powinno ich być więcej ze względu na niesamowitą pracę i czas, który autorka wkłada w pisanie bloga.
Może się wydawać, że pisanie opowiadań jest proste. Ja - która wraz z moimi przyjaciółmi (konkretniej kuzynami) prowadzę Hogwart Naszymi Oczami przekonałam się, że wcale tak nie jest. W pisanie trzeba wkładać masę czasu i doceniam naprawdę autorki i autorów, którzy piszą na swych blogach własne prace. I taką właśnie osobą, przed którą naprawdę chylę czoła, jest Alice McGoodnes.
Mam nadzieję, że dzięki mojej recenzji wiele osób przeczyta jej bloga i doceni, tak jak ja, jej wkład pracy i talent pisarski. Marzę o tym, żeby takich osób jak Alice było coraz więcej!
A teraz prosto do autorki:
Droga Alice McGoodnes
Rozwijaj swój talent. Nie marnuj go. Nigdy się nie poddawaj. Pisz jak najwięcej! (Żebyśmy mieli co czytać:). Wszystkiego dobrego, duuużo radości z pisania, natchnienia i weny twórczej!!! Mamy nadzieję, że często będziesz także do nas zaglądać i pisać swoje wspaniałe komentarze! Liczymy na Twoją pomoc, wsparcie i... kolejne opowiadania! Pozdrawiamy gorąco.

Autorzy bloga:
Evenstar: Kaśka, Kinga i Tomek
Rozdział VIII

Molly stała opierając się o zimną ścianę i popijała przez słomkę kakao. Właśnie odłączyła się na chwilę od Rose i Albusa, którzy teraz jak nigdy z żywym zainteresowaniem rozmawiali o nadchodzącym balu. Molly nie miała jeszcze partnera. Rose też nie, ale teraz patrząc na jej uśmiechniętą buzię, Molly była przekonana, że to właśnie jej kuzynka zdobędzie partnera jako pierwsza. Żadna dziewczyna na sali nie mogła równać się urodą z Rose. Chociaż... Ta Krukonka wygląda całkiem nieźle w tych długich kolczykach. A znowu ta mała Gryffonka ma bardzo ładne rzęsy. Molly rzuciła ukradkowe spojrzenie w stronę grona chłopców. Prawie z nikim się nie znała... Boże, co to będzie jak przyjdzie bal, a ona będzie sama?...
- Laura, naprawdę pięknie wyglądasz w tej nowej fryzurze. - Usłyszała za chwilę głos... Znajomy głos...
Odwróciła się i na moment wstrzymała oddech. Obok niej przeszła Laura z Ravenclawu, a towarzyszył jej William Snape!!! Ten, który niedawno zaczepiał ją na sali, uśmiechał się do niej... Nie była zazdrosna, ale coś ukłuło ją w środku. Była jednak na tyle dumna, że odwróciła głowę w przeciwną stronę i popatrzyła na widok przez okno. "Myślałaś głupia, że z tobą Wiliam pójdzie na bal?" - upomniała sama siebie w myślach.
- Hej... - Usłyszała za sobą jakiś głos i niechętnie odwróciła się w jego stronę.
Przed nią stał jakiś Krukon. Znała go, chodził na próbę zespołu muzycznego, w którym ona śpiewała. Chłopak nieźle "wymiatał" na gitarze. Za nic nie mogła sobie jednak przypomnieć, jak on ma na imię. Wiedziała tylko, że zawsze trzymał się na uboczu. Teraz popatrzyła na niego prawie gniewnie, bo przerwał jej rozmyślania o Williamie.
- Czego?! Znaczy... Eee... Hej. Sorki, że tak... Ale rozumiesz... - Gadała do niego urywkami, bo kompletnie nie mogła zebrać myśli.
Chłopak wyglądał na trochę zdezorientowanego.
- Nie chcesz, żebym ci przeszkadzał? - Zapytał, a ona odczuła nutkę smutku w jego głosie.
- Nie, nie. Wszystko gra. Po prostu... zamyśliłam się.
Popatrzył na nią, a ona prawie wybuchnęła śmiechem na widok jego miny pełnej niemego uwielbienia. Odgarnęła kosmyk włosów i spojrzała w ziemię.
- Molly jestem. - Mruknęła cicho i podała mu rękę.
Zakłopotany wyjął rękę z kieszeni i tak mocno uścisnął jej dłoń, że jęknęła z bólu.
- O Boże! Przepraszam, nie chciałem!- Zaczął się tłumaczyć, a Molly powoli próbowała rozprostować palce.
- Nie, nic się nie stało. To jak się nazywasz?
Chłopak ochłonął z pierwszego zdumienia i mruknął:
- Sten. Sten Niezdara.
Molly roześmiała się.
- A tak na serio?
- Sten Wested. - Roześmiał się również. - Wiesz co... Ja chciałem...
I w tym momencie jakaś biegnąca z książkami dziewczyna wpadła na stojącą spokojnie Molly, a ta poleciała prosto w objęcia Stena. Zmarszczywszy nieco brwi, odepchnęła chłopaka od siebie i odgarnęła kosmyk czarnych włosów za ucho. Chłopak także wyglądał na zakłopotanego.
- To o czym ja mówiłem? - Sten przerwał ciszę, a Molly dostrzegła wtedy nadchodzącą z rogu sali parę: Laurę i Williama. Miała już tego wszystkiego dość! U jej boku stał przystojny chłopak z gitarą, a William akurat teraz musiał tędy przechodzić!
- Wiesz co... - Zaczęła i wykrztusiła słowa, których w ogóle nie miała zamiaru powiedzieć. - Umówmy się pokoju Gryfonów na piętrze. Po obiedzie. Hasło: rabarbar. Dobra?
Chłopak wytrzeszczył oczy, ale wyglądał na szczęśliwego.
- To ten... - Powiedział, a gdy Molly zniknęła za drzwiami mruknął do siebie:
- Cudowna dziewczyna.

(Autorka: Kaśka)

środa, 9 kwietnia 2014

Rozdział VII

Słońce grzało przez wielkie okiennice Wielkiej Sali ,a weseli uczniowie
śmiali się i rozmawiali. To lubię, pomyślała młoda Mariette. cieszyła się
że dziś zaczną się lekcję. Cieszyła się że jest już w Hogwarcie. Całe
wakacje spędziła u dziadka-Ksenofiliusa Lovegooda ojca jej matki, Luny.
Mama
Mary jak to ona wymyśliła sobie jakiś odjechany pomysł i postanowiła go
spełnić. W tym roku chciała podróżować z cyrkiem Borgina i tak też zrobiła.
Mariette zastanawiała się czasem czy jej matka w ogóle zdaje sobie sprawę w
którym domu jest jej córka? Ale była już w Hogwarcie więc była szczęśliwa.
Siedziała przy stole Hufflepuffu obok

swojego najlepszego przyjaciela Finna i jego starszej siostry Elizabeth.
Finn siedział spokojnie i z tostem posmarowanym czekoladą czytał proroka
codziennego za to Elizabeth nawijała z jakąś dziewczyną o pierwszoroczniakach.
Mariette na prośbę profesor Sprout miała
oprowadzić pierwszaków po dormitoriach. Zgodziła sie ,bo i tak nie miała
nic do roboty. Elizabeth i Finn byli prefektami więc wieczory spędzali na
dyżurach. Mara jadła właśnie sadzone jajka kiedy przed jej nos ktoś
wystawił jakąś krateczkę.
- Co to?- Zapytała się spoglądając na osobę podającą jej kartkę. Był to
Adam Diggory. Chłopak na którego widok większość uczennic mdlała. Na Marę
Adam jednak nie działał.
 - A jak sądzisz? Plan lekcji- Powiedział i wcisnął dziewczynie plan w
dłonie po czym odszedł. Mariette z zaciekawieniem spojrzała na plan.

 Poniedziałek 9.00
1. Eliksiry 9.00-9.45

2. Historia magii 9.55- 10.40

3. Transmutacja 10.50-11.35
 

4. Wróżbiarstwo 11.50-12.35

5. Zielarstwo 12.45- 13.30

6. Astronomia 21.00-21.45

- Ja nie mogę....Mamy dziś historie magii!- Uskarżała się Mariette. Dając
Finnowi sójkę w bok.
- Mówiłaś coś?- Obudził się Finn. Marietta wyrwała mu proroka z rąk.
- Co ty tam czytasz?- Zapytała zaglądając do gazety.
- Zobacz tu- Powiedział przyjaciel Mary wskazując na reportaż na trzeciej

stronie. 
*Inwazja Wampirów na Pokątnej!*
 *Dnia wczorajszego w godzinach wieczornych na ulicy Pokątnej zdarzyło się
niespotykane wydarzenie. Na ulicę w szczytowym czasie wyskoczyła hordawampirów! Pracownicy ministerstwa magii wydziału stworzeń przyludzkich nie
wiedzieli co robić. Świadkowie wydarzenia wspominają że wampirów były
setki. Wyrzucały zawartości skrzyń i toreb zbijały okna w sklepach itp.

Sam minister magii nie wie co o tym myśleć. Wampiry bardzo szybko uciekły i
z zeznań pracowników ministerstwa wiemy że przemieszczają się w stronęHogwartu. Radzimy Dumbledore'owi zacząć się przejmować!*


*Dla proroka codziennego Clarissa Skeeter*

-No nieźle..-Skwitowała Mara. Wampiry bynajmniej nie są miłymi
stworzeniami.- Nie przejmujmy się tym za w czasu. Chodź lepiej do lochów za
chwilę zaczną się eliksiry- Powiedziała i razem z Finnem ruszyła ku klasie

eliksirów Snape'a. W lochach jak zawsze było ponuro Snape wszedł do klasy i
na wstępie okrzyczał paru Gryffonów po czym wypisał na tablicy składniki
eliksiru mgieł który powtarzali już piąty raz. Wszyscy więzi się do pracy.

- Idziesz jutro na przesłuchania?- Usłyszała za sobą głos Blaise'a.
Starszego syna byłego śmierciożercy Blaise'a Zabiniego i Pansy Parkinson.
- Jakie przesłuchania?- Zapytała zdziwiona Mara.

- No do drużyny quidditcha- Odpowiedział.
 -Pewnie ,a ty?- Spytała Blaise'a. 

- Oczywiste. Jak zawsze rozgrywający- Odpowiedział i razem się zaśmiali.Chyba cała szkoła pamiętała jego wybryki rok temu w drużynie.
- A mogę się jeszcze o coś spytać?- Zapytał nieśmiale. To było dziwne.
Blaise onieśmielony?
- Wal śmiało- Odpowiedziała do kolegi.
-Umówisz się ze mną?- Zapytał ,a Mara szeroko otworzyła oczy.
 -Co?- Zapytała trochę głośniej niż zamierzała.
 - Panno Venom, Panie Zabini, podać wam może mikrofon?- Zapytał jadowicie

profesor Snape.- Pan Zabini przyjdzie do pierwszej ławki- Rozkazał ,a
Zabini tak jak powędrował ku pierwszej ławce. Mariette dałaby słowo że
widziała jak Blaise puszcza jej oczko.

- Co się dzieje z tym światem? -Pomyślała zdezorientowana Mara. 

(Autorka: Ella Nightmare)

http://img.widzialas.to/img/21543-cc498daf21ec5ea1df5be6c2eb37359f.jpg






 Imię: Mariette (Mara)
 Nazwisko: Venom
 Wiek: 15 lat
 Status krwi: Czysta
 Rodzaj różdżki: Giętka, 11.5 cala, włókno ze smoczego serca, wierzba
    Zwierzę: Legwan o imieniu Aramis
    Ulubiony nauczyciel: Aurora Sinistra
    Znienawidzony nauczyciel: Filius Flitwick
    Ulubiony przedmiot: Transmutacja
    Znienawidzony przedmiot: Historia magii
    Dom: Hufflepuff







Imię: Mario
Nazwisko: Reddy
Wiek: 16 lat
Status krwi: Mugolak
Rodzaj różdżki: 10, 5 cala, giętka, oliwka, ułamek skrzydła nietoperza
Zwierzę: Ropucha
Ulubiony nauczyciel: Lupin
Znienawidzony nauczyciel: McGonagall
Ulubiony przedmiot: Obrona przed czaeną magią
Znienawidzony przedmiot: Historia magii
Dom: Hufflepuff

Lunia+boy+Dawid.jpg

Imię: Thomas
Nazwisko: Turner
Wiek: 14 lat
Status krwi: Mugolak
Rodzaj różdżki: Oliwka, 11,5 cali, sztywna, włos z ogona jedorożca
Zwierzę: Sowa
Ulubiony nauczyciel: Rolanda Hooch
Znienawidzony nauczyciel: Sybilla Trelawney
Ulubionyprzedmiot: Latanie na miotłach
Znienawidzony przedmiot: Wróżbiarstwo
Dom:Hufflepuff

chłopak 2.jpg 
Imię: Adam
Nazwisko: Diggory
Wiek: 15 lat
Status krwi: Czysta
Rodzaj różdżki: Giętka, 11.5 cala, włókno z sierści wilkołaka, wierzba
Zwierzę: Sowa
Ulubiony nauczyciel: Aurora Sinistra
Znienawidzony nauczyciel: Filius Flitwick
Ulubiony przedmiot: Obrona przed czarną magią
Znienawidzony przedmiot: Historia magii
Dom: Hufflepuff















wtorek, 8 kwietnia 2014

Rozdział VI

Dzisiaj przy stole Ravenclawu było wyjątkowo głośno. Nic dziwnego, skoro tyle nowych uczniów dołączyło wczoraj do grona Krukonów. Większość rozmawiała głośno i radośnie, ale nie wszyscy. Wśród tych wyjątków była Laura Scott.
Laura była brunetką o porcelanowej cerze i intensywnie błękitnych oczach. Nie można było przyczepić się do jej urody, wzrostu czy figury - pod tymi względami była wręcz idealna. Jednak nigdy nie miała bliższych przyjaciół, nie licząc książek. Po prostu była nieśmiała. Mimo, że pod swoją maską spokoju kryła wulkan energii, mnóstwo ciepła i odwagi, nie potrafiła się pierwsza do nikogo odezwać. Miała kilka koleżanek, ale tego, co je łączyło, nie można było nazwać przyjaźnią.
Na stole właśnie pojawiło się śniadanie, dlatego dziewczyna schowała książkę do torby. Profesor Flitwick właśnie podszedł, by rozdać plany zajęć. Laura miała w tym roku oprócz przedmiotów z pierwszej klasy kontynuować Starożytne Runy i Numerologię. Z mugoloznastwa zrezygnowała po dwóch semestrach, ponieważ nie podobało się jej podejście do mugoli z punktu widzenia pozostałych. Była mugolaczką i wiedziała dość. Zamiast tego zapisała się na Opiekę nad Magicznymi Stworzeniami, chociaż kumpele z jej dormitorium mówiły, że to czyste szaleństwo.
- Proszę, Lauro - powiedział nauczyciel zbliżając się do niej. - w tym roku znów organizuję Klub Zaklęć, tyle że wymieszany z pojedynkami. Zaznaczyłem ci już.
Jakimś cudem Laura nie miała problemu z kontaktem z nauczycielami, którzy zwykle zwracali sie do niej po imieniu. Uśmiechnęła się do profesora i podziękowała. Flitwick ruszył dalej.
Dziewczyna zerknęła na plan. W tej samej chwili usiadła obok niej Bettina. Tak naprawdę miała na imię Elizabeth, ale to zdrobnienie przylgnęło do niej na tyle, że nawet nauczyciele tak się do niej zwracali.
- Hej. Ale w tym roku nam nawalili, nie?  - blondynka miała w zwyczaju gadać, ile wlezie.
- Cześć. Nie, nie jest tak źle.
- Pokaż no mi ten swój plan. Najdroższy Merlinie, aż tyle?! A ja narzekam na swoje zajęcia... po co ci dodatkowa godzina Zaklęć i Transmutacji? I jeszcze jakiś Klub? Wiesz, że masz już o cztery godziny więcej niż ja?
- Bettina, ty wzięłaś tylko minimum.
- Za to ty maksimum. Jak zwykle. Tak w ogóle, słyszałaś już newsa? Podobno w tym roku zorganizują nam Bal Bożonarodzeniowy! Ostatnio był, kiedy odbywał się Turniej Trójmagiczny. Teraz podobno nie ma to związku, ale kto wie...
- Pomyśl chwilę logicznie. Skoro Dumbledore nie wspomniał nic o Turnieju na uczcie, to go nie będzie.
- Ach, racja! Zresztą, jak wiesz ja dość wolno kojarzę. Ale jednak kojarzę i skoro podobno ma być bal, to musimy mieć partnerów!
Laura mimowolnie spojrzała w kierunku czupryny czarnych włosów, na szczęście łapiąc się na tym, zanim Betty to spostrzegła. Brunetka od razu odwróciła wzrok i starała skupić się na tym, co mówi do niej koleżanka, ale nic z tego. Ganiała się w myślach za kolejne ukradkowe spojrzenia. Powiedziała sobie, że nie będzie zwracała na niego uwagi, ale zupełnie jej to nie wychodziło. Jak na złość.
- Zobacz, tyle przygotowań... sukienki, partnerzy, pewnie jeszcze ktoś będzie musiał zająć się dekoracjami. Och, zobacz, dziewczyny do nas machają! Idziesz?
- Nie, nałożyłam już sobie owsianki. Leć, spotkamy się na lekcji, tak?
- Jasne. Buźka! - odbiegła, całując w pośpiechu powietrze. Teraz, kiedy Laura mogła się skupić, pomyślała, że ten Bal może być problemem. "Najwyżej wrócę do domu na święta" pomyślała i zabrała się do śniadania. Nie wiedziała jeszcze, że do grudnia jej życie wywróci się do góry nogami.
***
Laura wyszła z pierwszej lekcji zadowolona. Po dwugodzinnej sesji transmutacji z McGonagall okazało się, że po wakacjach transmutować parasolkę w liść potrafią tylko dwie osoby - ona i jeden Ślizgon. Była z siebie zadowolona i miała nadzieję, że uda jej się utrzymać pozycję wzorowej uczennicy, może nawet najlepszej na roku. Nie myślała o tym, bo nie porównywała się z innymi.
- Nienawidzę transmutacji - westchnęła Lisa. Laura kolegowała się tylko z czterema koleżankami z dormitorium - Elizabeth "Bettiną", Elizabeth "Lisą", Mary i June.
- A ja ją kocham - szepnęła bezgłośnie brunetka.
- Co teraz mamy? - spytała Mary, nie słysząc wypowiedzi Laury.
- Ja mam Numerologię, całe szczęście - powiedziała dziewczyna.
- Ja też, Scott - June uśmiechnęła się do niej. Miala dziwny nawyk mówienia do innych po nazwisku.
- Wróżbiarstwo - Betty ziewnęła. - wreszcie się wyśpię.
- A my, kochana, mamy we trzy mugoloznastwo - June zabarwiła kilka prostokącików na swoim planie, nie wiedząc czemu, na różowo. Laura zerknęła na jej kartkę, ale nie dostrzegała związku między zaznaczonymi zajęciami. Jednak nic nie mówiła, nie chciała być wścibska.
- June, co ty za przeproszeniem robisz? - na szczęście wyręczyła ją Mary.
- Nie wiesz, o co chodzi? Wtedy mamy lekcje z Gryfonami. Zajarzyłaś? - Lisa wywróciła oczami.
- Aaa, już jarzę, jarzę - blondynka mrugnęła do niej i zachichotała. Natomiast piegowata June zdzieliła je obie podręcznikiem od mugoloznastwa w głowy. Na to wszystkie zaśmiały się głośniej. Laura bezwiednie się uśmiechnęła, biorąc przykład z koleżanki i zaznaczając swoją osikową różdżką poszczególne lekcje kolorami.
Teraz, kiedy mogła się głebiej namyśleć, bo zapanowała cisza, nie potrafiła zrozumieć, dlaczego nie umie się na tyle dogadać z koleżankami, żeby poznać się z nimi bliżej. Po prostu nie rozumiała się z nimi aż na tyle, by się zaprzyjaźnić, a znały się już cztery lata. Laura nawet nie podejrzewała, jak bardzo będzie potrzebny jej ktoś, komu będzie mogła się zwierzyć.
Mimo, że nie mogła z nikim szczerze porozmawiać, cieszyła się, że jest już w szkole. Rodzice wręcz przymusili ją do spędzenia wakacji z mugolską kuzynką. Dopiero na peronie dziewczyna mogła się odprężyć.
- Lala, pobudka! - Bettina trąciła Laurę łokciem. Lubiła ją tak przezywać. Wszyscy tak ją nazywali.
- Sorry, zamyśliłam się. O co chodzi?
- Rozmawiamy sobie o balu, właśnie zapytałam, czy namyśliłaś się już, z kim pójdziesz?
- Wy znowu o tym? Do grudnia mamy jeszcze masę czasu, a przecież  mogę iść sama - wzruszyła ramionami.
- Właśnie, moim zdaniem Betty, przesadzasz. To dopiero pierwszy dzień! - Mary stanęła w obronie koleżanki.
- No dobra, daję wam spokój. Ale przesadza to profesor Sprout mandragory - dziewczyna się nadąsała i odwróciła do Lisy i June.
- Nie ma za co - szepnęła Mary do Laury.
- Za pięć minut zaczyna się lekcja. Chodźcie.
Grupa pożegnała się i rozeszła w różnych kierunkach. Laura ruszyła w znanym sobie kierunku do klasy Numerologii, ale w połowie schodów zorientowała się, że zajęcia mogły odbywać się w innej sali niż zwykle. Zatrzymując się, wyciągnęła dopiero co schowany plan z torby i rozwinęła go. Nagle wpadła na ścianę i upadła, jak się jej wydawało na początku. Jednak ściana nie powinna wydawać dźwięków, a już tym bardziej poruszać się. Nawet, kiedy jest się w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
Dziewczyna podniosła się ze schodów i zobaczyła, że podarła rajstopy i zdarła mocno kolano, bo krew ciekła jej ciurkiem. Zrozumiała, że nie wpadła na ścianę, a na Ślizgona, który był na tym samym roku, co ona. Był on wysoki, miał czuprynę czarnych włosów i brązowe oczy. On trafił gorzej. Musiał upadając uderzyć się o stopień, bo na jego czole widniało długie, proste rozcięcie. Otrzepując się podeszła do niego.
- Przepraszam, przepraszam - powiedziała i pomogła usiąść chłopakowi.
- Nie musiałabyś, gdybyś uważała jak chodzisz!
 Laura zaśmiała się, ale z powodu powagi sytuacji zabrzmiało to bardzo groteskowo.
- Przykro mi, ale to ty na mnie wpadłeś - rzuciła. Wyjątkowo jej język się rozplątał. Możliwe, że stało się tak pod wpływem adrenaliny lub poirytowania na Ślizgona.
- Sam umiem wstać.
- I tak musimy iść do pani Pomfrey. Daj tą głowę, obandażuję ci ją, bo się wykrwawisz, zanim dojdziemy.
- Sam sobię poradzę... no dobra, daję ci wolną rękę - szybko zmienił zdanie, widząc, jak sprytnym zaklęciem Lala opatruje sobie ranę na nodze.
- Ferula! - bandaże obiegły głowę chłopaka.
- Dzięki, dalej już chyba sobie dam radę.
- Coś ci nie wierzę, że pójdziesz do skrzydła szpitalnego. Idziemy, i tak muszę poprosić panią Pomfrey o jakieś leki, bo sama się wykrwawię - czuła, jak krew mimo opatrunku spływa jej po łydce.
- Nie trze...
- A właśnie, że trzeba. Jeśli nie pójdziesz - rzekła, mierząc w niego różdżką, mimo, że nie zamierzała mu nic zrobić - i tak powiem o wypadku pani Pomfrey.
- Dobra, mądralińska, wygrałaś - ruszył z krzywym uśmiechem w dół.
- William.
- Wiem, jak masz na imię.
- Za to ja nie wiem, jak ty się nazywasz. Muszę wiedzieć, jak ma na imię moja prześladowczyni - powiedział ze słyszalną ironią w głosie.
- Laura. I zdecydowanie wolę, jak mnie nazywasz mądralińską.
- Hmm... jesteś tutaj od pierwszego roku?
- Tak, a co?
- Szczerze, to wcale cię nie kojarzę.
- I wcale się nie dziwię - odparła cierpko. William zadziwił się tą odpowiedzią i zadawał coraz więcej pytań. Dziewczyna zdziwiła się, że rozmowa z nim tak łatwo jej przychodzi. Mimo, że był odrobinę sarkastyczny i momentami zdawał się jej wyniosły, rozmawiało się z nim jej wyjątkowo przyjemnie.
Kiedy wychodzili po piętnastu minutach od pani Pomfrey, chłopak doznał olśnienia.
- Wiem! Byłaś w Klubie Pojedynków w zeszłym roku?
- Musisz kontynuuować przesłuchanie?
- Tak... nie. Ale jestem ciekawy. To co, tak czy nie?
- Tak, chodziłam tam.
- No, to znaczy że chociaż raz cię widziałem. Już coś.
W tej chwili zadzwonił dzwonek obwieszczający przerwę.
- Idę, nie chce, żeby dziewczyny wiedziały o moim wypadku. I tak mają mnie za niezdarę - tak naprawdę Laura nie wiedziała, dlaczego nie chce mówić o tym, co się wydarzyło.
- Chwilkę, gdzie się pali? Ostatnie pytanie. Chodzisz na spotkania do Slughorna?
- Jestem zapraszana, ale wymiguję się ile wlezie. Nie lubię tego starego ślimaka. - większość uczniów była zapraszana ze względu na wysoką pozycję rodziców, natomiast Laura od drugiego roku otrzymywała "ten przywilej w darze za wyjątkowy talent do eliksirów", jak to określił nauczyciel.
- Przyjdź na następne. Do zobaczenia!
Chłopak zniknął w tłumie, a Laura stała jak słup, nie wierząc, co się właśnie stało.

(Autorka: A. Lynch)