sobota, 12 lipca 2014

Rozdział VIII

Molly stała na scenie w Sali Prób Orkiestry. Właśnie miała jeden ze swoich (jakże licznych) gorszych dni i denerwowało ją zupełnie wszystko.
Dzisiaj rano Snape odjął Gryffindorowi dziesięć punktów, bo Mo "przez przypadek" przewróciła swój kociołek z eliksirem rozdymającym, który natychmiast zalał całą podłogę w klasie.
Nieszczęścia chodzą parami, więc na dodatek w tej właśnie chwili do sali wszedł Dumbledore i wszystko opacznie zrozumiał.
Pół godziny wysłuchiwała męczącego kazania dyrektora w jego prywatnym gabinecie, a na koniec dostała nakaz doprowadzenia sali do poprzedniego, czystego stanu. I tu też musiała oczywiście popełnić gafę.
Z początku, pod ironicznym okiem Snape'a, szorowała podłogę tradycyjnym sposobem - czyli wodą z magicznym detergentem. Za chwilę jednak, znudziło jej się ciągłe schylanie, więc gdy nauczyciel nie patrzył, wyjęła z kieszeni różdżkę, chcąc wszystko doprowadzić do ładu jednym marnym zaklęciem. Już miała zacząć szeptać, gdy Snape chwycił ją za ramię.
Tak się wystraszyła, że przy wypowiadaniu zaklęcia wszystko pogmatwała i z jej różdżki wypłynął jakiś dziwny szary płyn o niezbyt miłym zapachu.
 I znów dostała skierowanie do gabinetu dyrektora. Dumbledore mówił mniej więcej: "Co się dzisiaj z panią dzieje, panno Weasley? Dwa razy pod rząd być ukaranym? To chyba nowy rekord..." Wtedy Mo, zamiast ugryźć się w język, powiedziała: "Przepraszam, ale muszę się z panem nie zgodzić. Rekord pobił mój tato i wujek Fred." To wyczerpało siły dyrektora. Kazał jej odejść i przemyśleć sprawę w jej własnym pokoju na piętrze. McGonagall zamknęła jej "więzienie" na klucz, żeby Molly mogła w spokoju pomyśleć na temat swojego zachowania.
Nie posiedziała w nim długo. Uchylone okno kusiło ją coraz bardziej. W końcu nie wytrzymała i spokojnie zeszła na dół po parapetach okien, żeby w końcu znaleźć się w Sali Prób Orkiestry. Za chwilę miał zacząć się koncert, więc próbowała trochę się wyluzować i rozśpiewać. Co z tego, gdy perkusista nie mógł wyczuć rytmu, a flecistka fałszowała jej nad uchem? Czemu jak zwykle musiała wszystkich poprawiać? I czemu, ach czemu do jasnej Anielki, nie było przy niej najlepszego gitarzysty na świecie - Stena Westeda?!

***

"Call it magic
Call it true
I call it magic..." 
Mocny, ciepły alt Molly odbijał się od ścian sali prób. Nagle rozległo się czyjeś pukanie i w drzwiach pojawiła się niespodziewana postać.
- Rett? Co ty tu robisz, u diaska? - Zapytała nieco zniecierpliwiona Mo. Instrumentaliści rozeszli się, widząc, że mogą sobie zrobić krótką przerwę.
- Cześć Mo. - Rzucił luzacko Rett, rozglądając się po sali. - Za ile koncert?
- Za godzinę i kwadrans. Zdaje mi się... - Rzekła kwaśno. - Że nie kupiłeś biletu.
- Czyżby? - Wyciągnął z kieszeni dwa pomięte bilety. "Dwa." - Pomyślała Mo z ciekawością.
Wzruszyła ramionami, nie dając za wygraną.
- Hm, nie wyobrażałam sobie, żeby takie typy jak ty chodziły na prawdziwe koncerty. - Wypuściła z ust ciętą ripostę.
Rett roześmiał się. Miał miły śmiech, donośny i ciepły, zupełnie nie pasujący do jego ironicznej osobowości. Wziął do ręki czarny kosmyk włosów Molly i zakręcił go sobie na palcu. Wyrwała mu się i przez chwilę Rett myślał, że uderzy go w twarz. Nie zrobiła jednak tego, tylko uniosła wysoko głowę, i zmierzyła go ostrym spojrzeniem. Jej twarz wyrażała minę pod tytułem: "Nie będę się zniżać do twojego poziomu." Rett poczuł się niepewnie.
- E... Hmmm... - Zaczął, ale rozdrażniona Mo odwróciła się na pięcie. Dogonił ją i powiedział sucho:
- Do zobaczenia na koncercie Molly Weasley. - W jego głosie zabrzmiała niepokojąca nutka, ale Mo nie zwróciła na to uwagi.
- Do zobaczenia. - Odrzekła chłodno i wziąwszy do ręki mikrofon, wrzasnęła:
- Zbierać się leniuchy! Teraz generalna próba!
Gdy Rett zatrzasnął drzwi, zdecydowała się na jeden śmiały krok. Podeszła do lustra, wzięła do ręki jeden czarny kosmyk włosów i mruknęła do siebie:
- Ta, coś z tym trzeba zrobić...

***

"It's magic, you know,
never believe in so."
Molly zakończyła porywającą nutą. Publiczność wstała. Molly roześmiała się, zrobiło jej się naprawdę miło. Tylko czemu nie było tu Retta? Jedno miejsce stało puste... Jedno - to należące do Retta. Ale nie przejmowała się tym. Teraz dopiero poczuła, jak bardzo go nie znosi. Jeden chłopak rzucił na scenę bukiet kwiatów, za co odwdzięczyła mu się uśmiechem. A Rose siedziała w pierwszym rzędzie i patrzyła z przerażeniem na Mo, a raczej na jej WŁOSY! 


Były w kolorze głębokiego blondu, końcówki zaś były barwy morskiej. Mo było z tym doprawdy do twarzy, ale... taka metamorfoza?! Tak nagle?! I to bez uzgodnienia z Rose?!

***

W tym czasie na zapleczu karczmy w Hogsmeade odbywało się niezbyt miłe spotkanie. Przy zakurzonym stoliku siedział barczysty mężczyzna w kapturze. Wyraz jego twarzy nie zapowiadał nic dobrego. Bębnił palcami o stolik, na którym leżała jego różdżka i kieliszek pełen mocnego trunku. Można było sądzić, że jest sam. Ale nie był. Tuż przed nim, wyprostowany jak struna, stał pewien chłopak ubrany w bluzę z flagą USA.
- Zawiodłeś mnie Rett. - Odezwał się mężczyzna siedzący przy stole, na co chłopak wzdrygnął się, jakby przeszedł go prąd elektryczny.
- Ojcze... - Zaczął, lecz rozmówca uderzył pięścią w stół.
- Milcz! Myślałem, że lepiej cię wychowałem. Nigdy nie kochałeś nikogo, prawda? Nie zdradzałeś własnych uczuć. Sądziłem, że tak pozostanie. Myślałem, że będziesz taki, jak ja.
Rett spuścił głowę i patrzył w ziemię. Słowa ojca przeszywały go do głębi, jak rozżarzone sztylety.
- Ale nie! Powierzyłem ci łatwe, choć ważne zadanie. Gdybyś je wykonał, stałbyś się moim najwierniejszym zastępcą. A teraz...
- Ojcze! - Przerwał mu zrozpaczony Rett. - Spełniłem twoje żądanie. Opisałem ci dokładnie wygląd Weasleyówny. Niska, czarna, ubrana w stylu emo, wyraziste, czerwone usta...
- Problem tkwi w tym, synu... - Zaczął jego ojciec, a jego głos drżał z irytacji. - Że żadna z dziewcząt nie pasowała do tego opisu. Siedząc na tym przeklętym koncercie, lustrowałem dokładnie wszystkie wokalistki, instrumentalistki, a nawet siedzące obok mnie uczennice. I wiesz co? Musiałeś się pomylić.
- Ależ ja rozmawiałem z nią wiele razy. Mo miała być główną wykonawczynią. Miała zaśpiewać chyba z tuzin piosenek.
Ojciec wstał i podszedł do niego. Spojrzał Rettowi w twarz.
- Kłamiesz. Główna wokalistka miała jasne, blond włosy i ubrana była w krótką sukienkę w grochy.
Rett zamilkł. Rozważał w myśli słowa ojca.
- Niestety, nadszedł czas, aby powierzyć moje zadanie komuś, kto wykona je natychmiast. Odpowiedzialnemu, młodemu człowiekowi, którego chyba znasz. On nie zna uczuć. Przyprowadzi do mnie Molly Weasley. Nie będę się już sam fatygował, aby śledzić tę przeklętą dziewczynę. On zrobi to za mnie.
Pan Butler pstryknął palcami, a w drzwiach pojawiła się wysoka postać. Zbliżyła się do niego i dopiero wtedy Rett mógł dokładnie zobaczyć jej rysy twarzy.


-Dean. - Mruknął z nienawiścią.
- Witaj Rett. Znów nawaliłeś, co? Panie Butler... - Zwrócił się do ojca Retta. - Może pan na mnie liczyć. Wrócę za parę chwil. Razem z nią...
- Doskonale, Dean. Powodzenia. Nie spuszczaj jej z oka.
Dean skinął głową i wyszedł. Rett, nie pożegnawszy się z ojcem, wybiegł za nim. Nie mógł pozwolić na sukces Deana. Postara się go wyprzedzić.

***

Rett zaczaił się obok pokoju Mo. Na razie nie było widać na horyzoncie "myśliwego" - Deana. "Przeklęty Dean!" - Skomentował w myśli młody Butler, czując, że na samo wspomnienie wysokiego chłopaka ogarnia go wściekłość.
Drzwi do pokoju Molly otworzyły się i na progu stanęła śliczna blondynka. Popatrzyła pytająco na Retta.
- Eee... Cześć. Chyba pomyliłem pokoje.
- Nie sądzę. - Odparła blondynka i wybuchnęła śmiechem. Ten ironiczny śmiech...
- Mo?! - W głosie Retta brzmiało niedowierzanie.
- Tak, Rett, to ja. Aż tak źle wyglądam?
Rett popatrzył na nią ze zwykłą sobie ironią, ale w myśli stwierdził, że Mo wygląda teraz po prostu nieziemsko.
- Wyglądasz świetnie. Ale... - Rzekł po chwili zastanowienia. - Czy dziś na koncercie miałaś już tę fryzurę?
- Oczywiście. - Odparła beztrosko, machnąwszy ręką. 
Rett popatrzył na nią zgnębiony.
- Co jest? - Zapytała dziwnie.
- Nic. - Powiedział cichym, zupełnie nie pasującym do niego głosem. 
Wtem zza węgła wychylił się obcy, czarnowłosy chłopak w kapturze. W ręku trzymał jakieś zawiniątko.
- Dean... - Szepnął do siebie Rett.
- Kto? - Zapytała niepewnie Mo.
Rett spojrzał na nią uważnie. Zmarszczył brwi, a żyły wyskoczyły mu na skronie. Zacisnął zęby i syknął w jej stronę:
- Uciekaj, Mo, uciekaj! 
Molly nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Zobaczyła w ręku Deana długi sztylet i dostrzegła jak Rett rzuca się na niego i próbuje wyrwać mu broń. Odwróciła się na pięcie i zaczęła biec. Nie odwracając się usłyszała jeszcze czyjś zduszony okrzyk i któryś z chłopaków upadł na ziemię. Pytanie tylko... który?

(Autorka: Kaśka)





  







czwartek, 10 lipca 2014

Rozdział VII

Laura z tłumionym podekscytowaniem wrzuciła karteczkę ze swoim nazwiskiem w płomienie. Zaraz po niej Mariette zrobiła to samo.

– Jak myślisz, uda nam się? – spytała Puchonka niby obojętnie, ale jej oczy błyszczały z radości.
– Jasne. Inaczej być nie może - uśmiechnęła się druga.
W Wielkiej Sali zebrały się tłumy. Każdy chciał wziąć udział w turnieju. Laura widząc ile osób przygląda się jej i Mariette, spłonęła rumieńcem, ale wzięła się w garść i z dumnie podniesioną głową wyszła z pomieszczenia, po drodze zerkając tylko na Filcha, który dostawał właśnie ataku szału widząc naniesione przez uczniów błoto.
Nastolatka była z siebie dumna. Nie dość, że po incydencie na eliksirach profesor Flitwick nie odjął jeszcze kilku punktów Ravenclawowi, to na dodatek straconą sześćdziesiątkę nadrobiła już w następny dzień. Jedynym minusem jej zachowania były spojrzenia Krukonów, kiedy zobaczyli ile szafirów ubyło z klepsydry, ale kiedy dowiedzieli się, że Snape ogłupiał ze złości, przestali zerkać na nią spode łba. No i tak, jeszcze to, że musiała dwa razy bardziej starać się na zajęciach ze spragnionym zemsty nauczycielem, żeby nie wlepił jej kolejnych minusowych punktów. 
Ale biorąc pod uwagę całokształt, i tak uszło jej to prawie na sucho.
– Jak tam? Już po wszystkim? – Laura usłyszała gdzieś za nią głos Willa.
– Tak. A ty, już wrzuciłeś kartkę? – spytała.
– Już dawno. – chłopak podszedł do niej i odgarnął jej włosy za ucho.
– To co, spotkamy się po wszystkim?  
– Oczywiście! Będziemy świętować zwycięstwo – powiedział pewnie. Laura na to zaśmiała się, uśmiechnęła się do niego i poszła do dormitorium.
Co z tego, że był turniej, nauczyciele i tak zadawali im dwa razy więcej, a i na SUMy trzeba było się gruntownie przygotować. Myśląc o tym, ile jeszcze dzisiaj musi przeczytać, Krukonka z zepsutym humorem ruszyła w kierunku wieży Ravenclawu. Po drodze skorzystała z przywilejów prefekta i pozbawiła z mściwością jakiś dwudziestu punktów Slytherinu. Ta dwójka małych Ślizgonów po prostu miała pecha, że dziewczynę ogarnęło kiepskie samopoczucie. Ale Laura musiała się wyładować. Z o wiele weselszą miną usiadła do podręcznika transmutacji.
– La, co ty tam jeszcze robisz? Odłóż tę książkę, zaraz musimy zejść! – skrzyczała ją June. Dziewczyna zerknęła na zegarek. Uczyła się dwie godziny. No, nowy rekord. Zanotowała w notesie piórem pod dzisiejszą datą: dwie godziny, transmutacja. Zamierzała skrupulatnie przygotować się do egzaminów, więc wszystko zapisywała.
– Oh, paranoi można dostać z tym twoim pedanckim zmysłem. No chodź! – koleżanka z pokoju zwaliła ją z łóżka. – Dziewczyny już dawno poszły!
– O Merlinie, kiedy?! No, już idę, ale muszę się przygotować. Co będzie, jak mnie wylosują?
– Bez urazy, ale zdaje mi się, że mamy małe szanse – "powiedziała pesymistka", skomentowała w myślach Laura.
– Według rachunku prawdopodobieństwa, szansa jest jedna na sto, zakładając, że każdy Krukon się zgłosił. Ale zgaduję, że jednak nie każdy, więc będzie coś około...
– Co to jest rachunek prawdopodobieństwa? Lala, ty i te twoje mugolskie dziwactwa... – słysząc to, Laura wybuchnęła śmiechem i pobiegła z June na dół.
– Teraz czas na uczniów z Hogwartu! Zacznijmy od Hufflepuffu – oznajmił głos z Wielkiej Sali.
– O nie, spóźniłyśmy się! Chodź, wejdziemy jak zaczną bić brawo... – powiedziała zdyszana Laura. Czuła, że zarumieniła się od biegu.
– Mariette Venom! – Rozległy się oklaski.
– Teraz! – dodała dziewczyna i pchnęła drzwi. Miała szczęście, hałas zagłuszył skrzypienie starych drewnianych desek i tylko kilka osób siedzących najbliżej lub o wyjątkowo wyczulonym słuchu odwróciło głowę w ich stronę. Dziewczyny po cichu wślizgnęły się na przeznaczoną Ravenclawowi ławkę i pod stołem, na znak małego zwycięstwa, przybiły sobie piątkę. 
Laura przyjrzała się stojącym już w rzędzie przed dyrektorem nastolatkom. Pomachała do radosnej Mary. Obok niej stało jeszcze ośmiu gości z zagranicy. Jedną parę poznała - tą z Charamiko - dziewczyna o sympatycznej twarzy wczoraj przy śniadaniu podała jej talerz z tostami, a chłopak kilka dni temu przypadkiem oblał sokiem dyniowym prefekt naczelną. 
W tej chwili, kiedy przyglądała się zdziwiona blondynowi, którego ani razu jeszcze nie widziała, stało się coś dziwnego - chłopak musiał wyczuć jej wzrok na sobie, bo spojrzał na nią i, co dziwne, mrugnął do niej. Laura, zarumieniona, wlepiła oczy w złoty widelec, który nagle zdał jej się szalenie interesujący. Ale tak szybko nie dała za wygraną. Miała ochotę bliżej przyjrzeć się uczniowi. 
Dała mu około piętnastu, szesnastu lat. Miał falowane włosy w kolorze miodu, które zabawnie opadały mu na czoło. Był wyjątkowo wysoki, najwyższy ze wszystkich uczestników. I do tego te oczy... ciemne, szaroniebieskie, po prostu piękne. Człowiek patrząc w nie miał wrażenie, jakby patrzył w ocean bez dna.
– Laura Scott! – Rozległy się brawa. Laura, zaskoczona, wstała. Nie słuchała dyrektora i się zagapiła. Skarciła się w duchu, poprawiła szaty i poszła ustawić się obok wylosowanego przed chwilą Puchona. Uśmiechnęła się do Molly, Rose i koleżanek z dormitorium, a do Williama puściła oczko. Potem mimowolnie pokierowała wzrok w stronę chłopaka-nie-wiadomo-skąd, jak go w myślach nazwała. Obiecała sobie, że dowie się, kto jest kim. W końcu patrzyła teraz na przeciwników.
Blondyn uśmiechnął się do niej, jakby jej gratulował. Raz się żyje, pomyślała Laura i z uśmiechem kiwnęła lekko głową w podziękowaniu.
Oprócz niej z Ravenclawu wylosowano dziewczynę o platynowych włosach, której, o dziwo, nie znała z imienia. W Slytherinie, ku jej wielkiemu zaskoczeniu, bo szczęście dzisiaj jej naprawdę sprzyjało, triumfowali Scorpius i William, dumni jak pawie. Oczywiście, Will uniósł brew i posłał jej natychmiast swój uśmiech numer pięć, który znaczył mniej więcej: miałem rację, jak zwykle, oraz: do zobaczenia później, kocham cię. Brunetka przekornie wytknęła do niego język.
Kiedy nadszedł czas na Gryffindor, Laura przestała liczyć na rachunek prawdopodobieństwa. Obok dwójki Ślizgonów stanęła Molly z kuzynką Rose, które od razu Krukonka wsparła szczerym uśmiechem. Dziwne, że też policzki mnie nie bolą, pomyślała z sarkazmem. 
– To wszystko. Reprezentantów proszę o stawienie się w jutro po obiedzie w starej sali zaklęć, gdyby ktoś nie wiedział znajduje się ona na piątym piętrze, niedaleko gabinetu profesora Lupina. Dziękuję bardzo za uwagę, a teraz czas uświetnić ten wspaniały wieczór jeszcze wspanialszą ucztą! – I kiedy dyrektor to powiedział, na stołach pojawiło się mnóstwo najrozmaitszych dań, jakich normalnie się w Hogwarcie nie spotyka. Laura wróciła na miejsce i rozejrzała się, szybko zauważając, że są to dania charakterystyczne dla danych krajów: sushi, różnego rodzaju fast-foody i jakieś jamajskie przysmaki, których nie potrafiła nazwać. A że od samego patrzenia zrobiła się głodna, natychmiast zabrała się do jedzenia.

***

Lala szła korytarzem, mijając podekscytowane grupki dyskutujących o turnieju uczniów. Niektóre osoby jej gratulowały, a ona grzecznie dziękowała, mimo, że większości nie znała. Miała dość tej niesłychanej popularności i naszła ją ochota na schowanie się w dormitorium, ale przypomniała sobie, że umówiła się z Williamem, a nie powinna go wystawić. Zniechęcona, że musi z powrotem zejść na dół, kiedy prawie weszła na sam szczyt wieży Ravenclawu, zawróciła i powlokła się skrótem na błonia, gdzie na pewno przesiadywał Will. 
Miała absolutną rację. Nad brzegiem jeziora siedziała duża grupka świętujących uczniów Slytherinu, a w samym środku Scorpius i Will pławili się w blasku sławy. 
Niespodziewanie stało się coś, co wprawiło Laurę we wściekłość - jakaś Ślizgonka usiadła jej chłopakowi na kolanach, a on nawet nie zwrócił na to uwagi. Postarała się opanować, w końcu to jeszcze nic takiego, ale nie udało się. Dlaczego? Bo blondwłosa laska pocałowała Williama. To już bylo zdecydowanie za wiele, żeby odpuścić.
Na całe szczęście Krukonki, dwójka kuzynów siedziała tyłem do niej, a stała na tyle daleko, że ich towarzysze nie zwrócili na nią uwagi. Nie mogąc się opanować, dziewczyna wyciągnęła różdżkę i w jednym momencie ucieszyła się, że tak często chodzi do biblioteki. W "Zaklęciach Uczniowskich", dzienniku zaklęć niezarejestrowanych prowadzonym przez uczennicę z zadatkami na dziennikarkę, znalazła coś bardzo ciekawego.
"Levicorpus", powiedziała w myślach, wskazując różdżką na chłopaka. W jednej chwili poderwał się do góry, zawisając w powietrzu, jakby ktoś trzymał go za kostkę. Laura ledwo powstrzymywała złośliwy śmiech. "Liberacorpus", pomyślała, a młody Snape upadł na i tak poturbowaną koleżankę. 
Teraz postanowiła wkroczyć. Z wystudiowanym, opanowanym wyrazem twarzy ruszyła w kierunku oniemiałych Ślizgonów. Udała, że dopiero teraz zobaczyła Williama i dziewczynę leżących w trawie, zrobiła odpowiednią minę i trzasnęła chłopaka w twarz tak mocno, że jego policzek natychmiast przybrał intensywnie czerwoną barwę. 
– Wiesz, co to znaczy – szepnęła do niego, a potem dodała głośno: – jako prefekt odejmuję każdemu po pięć punktów za zakłócanie spokoju i zaśmiecanie błoni. Ach tak – powiedziała zaciekawiona, rozpoznając leżące w trawie butelki po Ognistej Whisky, dozwolonej od lat siedemnastu – a za picie dodatkowe dziesięć punktów na łebka, a dowody idą do pani wicedyrektor. 
– Wredna szlama – mruknął któryś z tych "wielkich". Laura spojrzała na Williama, wciąż totalnie zaskoczonego, leżącego na ziemi i wymownie uniosła brwi, jakby pytała: co ty na to?
A on: nic. W takim razie dziewczyna stwierdziła, że jego ostatni cień szansy zniknął.
– Ty, minus pięć za publiczne ubliżanie prefektowi. Wingardium Leviosa – mruknęła, wskazując na butelki. Zaklęciem związała je wstążką i razem ze stosowną adnotacją odesłała oknem do profesor McGonagall. Nie patrząc na Ślizgonów, ruszyła do szkoły, czując, że zbiera się jej na płacz. Jeszcze dziś dziewczynie, która pocałowała byłego chłopaka "Pani Prefekt Wrednej Szlamy", na twarzy wyskoczyły okropne krosty.
No cóż, zemsta jest słodka.

***



Laura szła właśnie korytarzem na trzecim piętrze. Teraz już była pewna, że będzie płakała. Nie chcąc, by ktoś to widział, otworzyła pierwszą lepszą salę i zamknęła drzwi klątwą Colloportus, żeby nikt nie dostał się do środka.
Ściągnęła wierzchnią szatę, zostając tylko w białej koszuli, niebieskim krawacie, ciężkich butach i czarnych dżinsach, które założyła mimo obowiązku noszenia spódniczki, bo i tak nikt jej pod szatę nie zaglądał. Usiadła potem na parapecie, tak, jak robiła to kiedyś, i patrzyła się w wyjątkowo jasny księżyc.
W tej chwili zadecydowała, że nie będzie już myślała o Williamie. Co z tego, że nadal coś do niego czuje. To zawsze można przezwyciężyć. A za to, co zrobił, zasługuje na zapomnienie. 
William już dla niej nie istnieje.
– To nie takie łatwe – szepnęła Laura, czując ukłucie w sercu. Nie potrafiła o nim "ot tak" nie myśleć. Teraz, kiedy pociekły jej łzy, pozwoliła sobie na rozpaczanie. Może kiedy się wypłacze będzie jej łatwiej...
Nagle szczęknęły drzwi. To niemożliwe, pomyślała. Zamknęła przecież je Colloportusem...
Znowu. Ktoś nacisnął klamkę. W dziewczynie zrodził się impulsywny pomysł, żeby przytrzymać drzwi własnym ciałem, ale zanim zdążyła się ruszyć, do środka wszedł chłopak o włosach w kolorze miodu. Z powrotem zamknął drzwi i usiadł na biurku nauczyciela, naprzeciw Laury.
– Co się stało? – zapytał bezceremonialnie. Miał przyjemny głos, a w dodatku nie ranił angielszczyzny śmiesznym akcentem.
– Nie twój interes. 
– No dobra, nie powinienem tak zaczynać. Mam wejść jeszcze raz?
– Nie, po prostu się w to nie mieszaj. To nie twój problem – powiedziała, lekko poirytowana. Chociaż, z drugiej strony, cieszyła się, że ktoś odwraca jej myśli od Williama.
– Chodzi o twojego chłopaka? 
– Powiedziałam, odwal się! I on już nie jest moim chłopakiem. A tak w ogóle, to nic ci do tego. – Laura już chciała sięgnąć po różdżkę, ale zapomniała ją wyciągnąć z wewnętrznej kieszeni szaty, która leżała obok... niego, jak mu tam.
– Czyli chodzi jednak o twojego chłopaka. Co się stało?
Tej wścibskości było już za wiele. Dziewczyna wstała i wymierzyła mu policzek, a zaraz potem zaniosła się płaczem.
– Przepraszam, ja, ja nie chciałam... po prostu tego wszystkiego jest za wiele i... 
– Nic się nie stało, to moja wina. A mi się naprawdę należało, źle zacząłem. I zobacz, wcale mnie nawet nie bolało.
– A miało! – krzyknęła. 
– No dobra, to powiem, że trochę bolało. W takim razie zacznijmy od początku, ok? – zapytał z ciepłym uśmiechem na twarzy.
– Skoro tak się upierasz... – Krukonka poddała się i zrezygnowana wróciła na parapet okna.
– Z tego, co mówił Dumbledore, masz na imię Laura, a z tego, czego się dowiedziałem dzisiaj nad jeziorem...
– Byłeś tam?! – spytała zdumiona, ale chłopak posłał jej rozbawione spojrzenie, jakby mówił: "czy wtrącanie się komuś w słowo to twoja specjalność?" i kontynuował.
– Jesteś prefektem, co pewnie znaczy tyle, że jesteś szychą w tej szkole, nie masz już chłopaka, a na dodatek potrafisz zachować zimną krew, jesteś inteligentna i naprawdę dobra, jeśli chodzi o zaklęcia – zakończył z uśmiechem.
– Dziękuję, ale wcale aż taka dobra nie jestem, po prostu dużo czytam. Ty wiesz o mnie tyle, a ja o tobie nie wiem nic. Nie byłam na całej ceremonii, więc nawet nie mogę się do ciebie zwrócić po imieniu.
– No fakt, zapomniałem dodać, że zauważyłem, jak spóźniłaś się na uroczystość. Nazywam się Alex Russo, jestem z HMS i mam szesnaście lat.
– Jakoś nie wyglądasz na...
– Mieszkańca Hiszpanii? Pochodzę z Anglii. – To wyjaśnia brak obcego akcentu, pomyślała Laura.
– W takim razie, czemu nie chodzisz do Hogwartu?
– Moi rodzice zmarli, kiedy miałem siedem lat. Mieszkam z wujem – odparł, ale nie wydawał się strasznie tym przejęty.
– Przykro mi – szepnęła cicho dziewczyna. Nagle jej problemy stały się strasznie małe.
– W porządku, to było dawno. Opowiesz mi coś o sobie? – spytał, błagalnie patrząc na nią niewinnym wzrokiem. Laura uśmiechnęła się lekko.
– Właściwie, to nie ma co opowiadać. Miesiąc temu skończyłam piętnaście lat, w tym roku piszę SUMy, mieszkam na przedmieściach Londynu, pochodzę z mugolskiej rodziny...
– Jesteś mugolakiem?
– A co, masz coś do tego? – Uniosła brodę i spojrzała na niego wyzywająco.
– Nie, ale jak skończysz to coś ci pokażę – powiedział tajemniczo.
– Już, skończyłam. – Chłopak spojrzał na nią z uniesioną brwią, ale sięgnął do kieszeni dżinsowej kurtki. Wyjął z niej mp3, albo coś w tym stylu, jak stwierdziła Laura.
– To nie zadziała, wpływ magii na...
– Cicho, zadziała.
– Ale...
– To nie jest zwykły odtwarzacz. Wystarczy połączyć trochę magii z elektroniką. Słyszałaś kiedyś o magobateriach? – rzucił z łobuzerskim uśmiechem.
– Nie. Co to?
– Może zacznę od początku. Moja rodzina może się poszczycić czystą krwią od kilku pokoleń, ale mój wujek urodził się charłakiem, więc przeniósł się do Hiszpanii i zasymilował się w świecie mugoli. Pracuje w sklepie z elektroniką i troszkę mnie w to wkręcił. W każdym razie prosi mnie czasem o pomoc w swoich szalonych eksperymentach, bo na magii nie zna się prawie w ogóle. I tak pewnego razu zabrał się do baterii, i przypadkiem udało się nam odkryć sposób na małe połączenie magii z elektroniką.
– Super! W życiu bym czegoś takiego nie zrobiła, to cudowne! Znasz się na tym – pochwaliła go. 
– Dzięki, ale to zasługa mojego wuja. Ale to teraz nieważne, choć, pokażę ci coś. – Podał jej jedną słuchawkę, a drugą wziął sam. Laura natychmiast rozpoznała piosenkę.
– Queen! Oni są, znaczy byli, genialni. 
– Tak. Wujek pokazał mi mugolską muzykę, ale, oczywiście, coś innego też tu mam... – uśmiechnął się, a rockowe nuty Bohemian Raphsody zastąpił nowy kawałek Fatalnych Jędz.
– Też ci coś pokażę. Ale musisz chwilkę poczekać, bo to będzie trochę ryzykowne – spojrzała na niego, chcąc wybadać, co myśli. On się szeroko uśmiechnął.
– No to czekam.
Laura sięgnęła po różdżkę, stanęła przy oknie i rozejrzała się. Miała szczęście, że z tej klasy widać było okno jej dormitorium. Wycelowała z daleka w okiennice i modliła się, żeby dziewczyny były w pokoju wspólnym, bo jak nic podniosą alarm. 
– Alohomora. – Okno otworzyło się na oścież. 
– Accio torba! – Duży plecak podleciał do Laury, a ona go złapała, zanim zwalił ją z nóg. Otworzyła go i wyciągnęła magiczny gramofon, jeszcze z czasów, kiedy był popularny w świecie magii.
– Z tym wiąże się o wiele krótsza i mniej ekscytująca historia – zaczęła. – Po prostu pożyczyłam go ze strychu szkoły.
– Pożyczyłaś? – zagadnął Alex.
– Tak, oddam go, kiedy kupię sobie swój. Dobra, nie patrz się tak na mnie, tylko słuchaj. – Włożyła płytę na wyznaczone miejsce, przesunęła igłę i uruchomiła gramofon, który od razu zaczął wygrywać pierwsze, ciche nuty piosenki.
– Znam to, czekaj... – chłopak wyglądał, jakby głęboko się zastanawiał.
– Maybe, Janis Joplin – pomogła mu Laura.
– Właśnie, na pewno mam jej płytę w domu. Zatańczymy? – spytał, wyciągając do niej rękę.
– Nie wiem... – zawahała się.
– Chodź, w końcu to tylko taniec – powiedział i przyciągnął ją do siebie, ale wciąż dzieliło ich co najmniej dziesięć centymetrów, za co dziewczyna była mu bardzo wdzięczna. Nie była teraz już niczego pewna, oprócz dwóch rzeczy: tego, że lubi Aleksa, i tego, że nadal czuje coś do Williama.
Nagle, kiedy tak na siebie patrzyli, Alex odgarnął jej włosy z czoła.
– Przepraszam, ale nie mogę. – Odsunęła się od chłopaka, bo miała mieszane uczucia. – Muszę już iść – machnęła rożdżką, a gramofon wyłączył się i razem z plecakiem odleciał do dormitorium.
– Zostań ze mną. – Laura odwróciła się w drzwiach na słowa Aleksa, rozdarta. – Proszę.
– Chciałabym. Ale nie mogę. Jeszcze nie – pożegnała się i z bólem wyszła. Teraz żałowała, że nie została z Aleksem dłużej, ale wiedziała, że żałowałaby, gdyby została.
Czuła, że nie jest jeszcze gotowa. Rozbite na drobny mak serce potrzebuje czasu, żeby wrócić do poprzedniego stanu, a jej serce nawet jeszcze nie skończyło się rozpadać. 
Nadal kocha tego drania i nic na to nie może poradzić.
I wtedy pomyślała o Aleksie.
Nie wiedziała, że człowiek może być aż tak bardzo w kropce.
– Laura! Całe szczęście, że cię spotkałam! – Spod drzwi do pokoju wspólnego wybiegła jakaś drugoroczniaczka. – Ta durna klamka zadała mi zagadkę, nie znałam odpowiedzi, a ona każe mi czekać! Jakby nie mogła zapytać o coś innego. Siedzę tu dobre pół godziny, a nikt nie przychodzi.
Laura zerknęła na zegarek. Była jedenasta, nic dziwnego, że wszyscy są już w środku. Tylko uczniowie siódmego roku i prefekci mogą być tak długo na korytarzu.
– Chodź, ja spróbuję – uspokoiła dziewczynkę i pogłaskała klamkę, a ta rzekła:
– Przedziwna choroba, co najszybciej zabija: zarówno, gdy cię dopada, jak i gdy omija.
Brunetka nawet nie musiała się zastanowić.
– Miłość – powiedziała. Drugoklasistka spojrzała na nią pytająco.
– Kiedyś zrozumiesz – odpowiedziała smutno na jej nieme pytanie, a ta tylko wzruszyła ramionami i weszła do środka.
– Kiepski dzień, co? – zapytała klamka, niczym stara znajoma.
– Nawet nie mów – odparła Lala i zamknęła drzwi.
W dormitorium czekały ją dwa liściki: jeden od Molly i Rose, a drugi od Mariette. Najpierw otworzyła ten od kuzynek, bo leżał pod spodem, a więc musiał być napisany pierwszy.
Kochana Lauro!
Właśnie się dowiedziałyśmy, co się stało. Gdzie jesteś? Szukamy cię od kolacji. Odpisz, jak tylko to przeczytasz. Martwimy się.
Molly i Rose.
Zaraz po tym przeczytała list od Puchonki.
Lauro, 
Molly powiedziała mi, co ta świnia zrobiła. Dobrze, że mu przyłożyłaś! Martwię się. Szukałam się z dziewczynami, ale nigdzie cię nie ma. Nie martw się, będzie dobrze. Odpisz szybko, bo pomyślę sobie coś nieprzyzwoitego! :)
Twoja Mara.
Laura szybko naskrobała dwie identyczne odpowiedzi: "pogadamy jutro", złożyła kartki w samolociki i odesłała jeden do wieży Gryffindoru, a drugi na parter, gdzie mieścił się pokój Hufflepuffu. Mając na dziś dość wrażeń, wskoczyła do łóżka i momentalnie zasnęła.

(Autorka: Annie Lynch)

wtorek, 8 lipca 2014

Ekstra rozdział według Retta Butlera (epizod)

"Według waszego głosowania... Mam nadzieję, że rozdział nie wyszedł tragicznie."
Kaśka

Ta mała nieźle mnie rozbawiła. Słowem, spodobała mi się, choć z początku nie chciałem się do tego przyznać. Była inna, była dziwna, była moim odbiciem. Pełna ironii, sarkazmu, a w głębi serca z pewnością wrażliwa. Spodobała mi się jej zgrabna sylwetka, postawa buntowniczki, jej ironiczny uśmiech, złote iskry w oczach i przede wszystkim napoleońskie ego. Tak - Molly Weasley z pewnością miała chłodny umysł dorosłej osoby, a jednocześnie niezwykłą wrażliwość dziecka. 
Przez cały wieczór nie mogłem o niej zapomnieć. Tylko była jedna przeszkoda - Sten Wested. Nie mogłem mu tego zrobić, choć z pewnością wiedziałem o nim dużo więcej niż przypuszczał. 
Cóż, postanowiłem małej czarnuli dać czas. Żeby mogła pogodzić się z wyjazdem Stena i wrócić do siebie. Wiele razy widywałem ją na korytarzu pogrążoną w myślach, zaczytaną w jakiejś książce lub rozmawiającą z tą dziewczyną - Rose? Tak, chyba miała na imię Rose. 
Wreszcie nie wytrzymałem.
Na jednej z przerw lekcyjnych, zaczaiłem się za filarem i postanowiłem do niej zagadać, gdy tylko wyjdzie z sali. Oparłem głowę o marmurowy słupek i zacząłem upominać się w myślach.
"Chyba się nie zakochałeś? Jasne, że nie. Nie jestem jednym z tych matołków latających za każdą osobą w spódnicy. Ale coś jest nie tak. Usidliła mnie. To przez tą jej inność. Ale ja przecież nigdy nie okazywałem uczuć. Może po prostu się zabawię. Nie muszę do niej nic czuć." 
Tok rozmyślań przerwało mi pojawienie się Mo. Była ubrana w krótka spódniczkę (ZBYT krótką w oczach wielu nauczycieli) i luźną, białą bluzkę. W momencie, gdy się zbliżała, czułem, że każdy mój nerw jest napięty. 
"Chyba nie boisz się małej Molly Weasley? Jasne, że nie."
Zaczekałem, aż podeszła bliżej. Już, już miałem się ujawnić, gdy jakiś wyfiokowany chłopaczek podszedł do niej i zapytał:
- To co, widzimy się dziś na koncercie? Co zaśpiewasz?
- Niespodzianka. - Zanuciła trochę ironicznie i w podskokach minęła moją kryjówkę. Zniknęła za zakrętem mglistego korytarza.
Pacnąłem się ręką w czoło. No to po sprawie. 
"Śpiewa na koncertach, idioto! Dowiedz się kiedy. Wtedy, wtedy to załatwisz..."
Uśmiechnąłem się złośliwie. Nie przyszedłem tutaj po to, by paść ofiarą Molly Weasley. Będzie wprost przeciwnie. Wykonam zadanie, które powierzył mi ojciec. A potem - potem będę tylko piął się w górę. 

(Autorka: Kaśka)

  

niedziela, 6 lipca 2014

Rozdział VI 

Na korytarzu przed Wielką Salą panował wielki chaos. Wszyscy uczniowie Hogwartu zgromadzili się przed wejściem. Flich usiłował bezskutecznie zaprowadzić porządek. W końcu jednak dał za wygraną. Rose, Molly i towarzysząca im Mara miały tyle szczęścia, że stały na samym końcu tłumu, więc przynajmniej nikt ich nie popychał. Rose była we wspaniałym humorze. Wczoraj pogodziła się ze Scorpiusem i jej świetny nastrój udzielał się pozostałym dziewczynom, nawet Molly, która jeszcze wczoraj siedziała cały dzień w dormitorium smutna z powodu wyjazdu Stena.
- W takim tempie nigdy nie znajdziemy się w Sali- Sapnęła Rose odwracając się do kuzynki i koleżanki- Ale tu duszno.
- Macie kartki?- Zapytała Mara machając kuzynkom przed nosem karteczką z napisem: "Mariette Vernom".
Rose sięgnęła do kieszeni szaty. Serce zabiło jej ze strachu. Spojrzała na Molly, która jak zawsze nigdy o niczym nie zapominała. Wywróciła obie kieszenie nerwowo szukając zguby. "Nie zdążę pójść do pokoju- Pomyślała- Musi tu gdzieś być". Kartki z nazwiskami miały za moment wrzucić do Czary Ognia ustawionej w Wielkiej Sali. Szczerze mówiąc Rose i tak nie wierzyła, żeby ona, albo Molly zostałe wybrane. Zakładała, że na Turniej pójdzie ktoś starszy. W tym roku wyjątkowo było wybieranych po dwóch uczniów z domu lub szkoły.
- Nie mam jej- Powiedziała ze smutkiem w głosie- Idźcie same.
- Rose, nie wygłupiaj się- Szepnęła Mara
- A w spodniach?- Zapytała kuzynkę Molly.
Rose szybko podwinęła szatę i sięgnęła ręką do kieszeni w spodniach. Uśmiechnęła się do Molly i Mary i pokazała im kartkę z jej starannym pismem: "Rose Weasley". We trójkę przeciskały się między tłumem uczniów. Nie tylko one chciały dostać się do Czary. "Szczęściarze"- Pomyślała Rose widząc dumnego Scorpiusa i Williama wychodzących z Sali. Wiedziała, że Scorpius liczy na to, że zostanie wybrany jako reprezentant Slytherinu. Kiedy przechodzili obok dziewczyn, blondyn szarmancko uśmiechnął się w kierunku Rose. William przeczesał dłonią czarne włosy i mrugnął do Molly. Molly, co bardzo zdziwiło Rose pięknie się do niego uśmiechnęła. Rose posłała jej pytające spojrzenie: "A co ze Stenem?". Molly jednak nie zwróciła na nią uwagi. Przed nimi stali już tylko sami starsi chłopcy. Mara popatrzyła na kuzynki ze zrezygnowaniem. W tym momencie podeszła do nich profesor McGonagall.
- Chłopcy, nie słyszeliście, że panie mają pierwszeństwo?- Zapytała z szerokim uśmiechem na twarzy. Tłumek popatrzył na nią ze zdziwieniem, ale po chwili się przerzedził.
- Dziękujemy, profesor McGonagall- Powiedziały niemal równocześnie.
- Liczę na was- Szepnęła do Molly i Rose. Kuzynki uśmiechnęły się i dumnie ruszyły w kierunku Czary. Pierwsza podeszła Rose. Szła ostrożnie bardzo dobrze pamiętając co kilka lat temu przydarzyło się George'owi i Fredowi Weasley. Stanęła na schodach i wrzuciła kartkę do błyszczącego naczynia. Po chwili na dnie nie było już nic. Po niej Molly zrobiła to samo i obie ruszyły w kierunku drzwi.
- Rose... zaczekasz na mnie?- Zapytała Molly- Skoczę na chwilę do dormitorium i pójdziemy na błonia, ok?
- Ok, leć- Odparła Rose. Kiedy Molly zniknęła na piętrze pojawił się przed nią Marcus Wood. Był wysoki, miał krótkie czarne włosy i brązowe włosy. Był całkiem przystojny, z resztą tak twierdziły wszystkie dziewczyny w Gryffindorze i nie tylko.
- Cześć Rose- Powiedział z uśmiechem- Dobrze, że cię widzę.
- Hej. O co chodzi?
- Jest sprawa... Chodzi o to, że pojutrze gramy mecz- Uśmiechnął się szelmowsko- Mogłabyś powiedzieć Molly i Sandrze, że jutro jest trening o 15?
- Cześć Marcus- Jakieś dwie starsze dziewczyny aż za bardzo słodkim głosem chciały zwrócić na siebie jego uwagę. Chłopak nawet na nie nie spojrzał.
- Pewnie- Odparła Rose.
- Dzięki. To... do jutra- Powiedział i ruszył na błonia.
- Marcus!- Chłopak odwrócił się na pięcie i podszedł do Rose- A z kim gramy?
- Ze Slytherinem- Powiedział z odrazą- Niestety.
"Może być niezła zabawa"- Powiedziała do siebie w myślach i uroczo się uśmiechnęła.
- Co to za mugol?- Usłyszała za sobą głos Scorpiusa. Chłopak stał za nią z rękami w kieszeniach i z przylizanymi blond włosami. Czesał się tak od początku roku. "Wygląda jak jego ojciec"- Pomyślała.
- Sam jesteś mugol- Powiedziała ze śmiechem i zmierzwiła mu włosy.
- Ej, przed chwilą ułożyłem- Odparł oburzony. Po chwili oboje śmiali się bezgłośnie.
- A tak na serio to co on chciał?- Zapytał powstrzymując się od śmiechu.
- A wiesz, że on jest kapitanem mojej drużyny i właśnie przyszedł mi powiedzieć, że pojutrze gramy z wami mecz?
- Serio?- Zapytał zdziwiony- Nie myśl, że pozwolę złapać ci znicz- Dodał po chwili z szelmowskim uśmiechem.
- Zobaczymy kto komu nie pozwoli.

***

Wieczorem uczniowie Hogwartu i pozostałych szkół zgromadzili się po raz drugi w Wielkiej Sali. Wszyscy byli podekscytowani, szepty zniecierpliwienia coraz bardziej narastały. Rose siedziała obok Molly i Franka. Albus w tym roku w ogóle nie pokazał się w szkole. Nikt nie wiedział dlaczego. Rose przyglądała się z ciekawością uczniom z Magician School for Ambitious Students, którzy siedzieli przy stole Gryfonów. Było widać,że wszyscy z niecierpliwością czekają na pojawienie się Dumbledore'a i na oficjalne rozpoczęcie Turnieju Trójmagicznego. Mimo to przy stole Gryffindoru było najgłośnej. Wszyscy śmiali się i żartowali. Jeden chłopak zwrócił szczególną uwagę Rose. Był wysoki, miał gęste, czarne włosy i ciemne oczy. Siedział spokojnie i nic się nie odzywał; bawił się swoją różdżką, z której co jakiś czas sypały się kolorowe iskry. Kiedy chłopak podniósł wzrok Rose momentalnie się odwróciła. Zauważyła, że Molly wygląda na złą. Dopiero teraz dostrzegła, że jakiś chłopak siedzący przy stole Slytherinu ciągle się w nią wpatruje.
-Kto to jest?- Zapytała z ciekawością kuzynkę.
-Nie wiem i nie chcę wiedzieć- Odparła Molly- No dobra, później ci opowiem- Powiedziała widząc pytającą minę Rose. W tym momencie w Wielkiej Sali zrobiło się bardzo cicho. Przez sam środek przeszedł Dumbledore, McGonnagall oraz Snape. Skierowali się do stołu nauczycieli, gdzie siedzieli pozostali. Dyrektor zatrzymał się przy Czarze Ognia.
- Witam wszystkich- Powiedział donośnym głosem- Już najwyższy czas abyśmy dowiedzieli się kto na tegorocznym Turnieju Trójmagicznym będzie reprezentował poszczególne szkoły i domy- Zrobił przerwę i uśmiechnął się do uczniów- Przypominam, że w tym roku po raz pierwszy Czara wybierze po dwóch reprezentantów. Tak więc... zaczynamy.
Dumbledore powoli podszedł do Czary. Po chwili naczynie rozbłysło delikatnym, różowym światłem. Przez chwilę mieniła się wszystkimi kolorami tęczy, następnie przygasła i po chwili zapłonęła wyrzucając na dłoń Dumbledore'a malutki zwitek pergaminu.
-Karol Hamilton, Happy Magician School- Krzyknął dyrektor. Rozległy się głośnie brawa i wiwaty. Chłopak musiał być niezłym uczniem skoro jego szkoła tak się cieszyła. Dyrektor podniósł rękę do góry uciszając wszystkich. Czara znów wybuchła.
- Rett Butler, Happy Magician School.
Znów rozległy się brawa. Czara Ognia kilka razy powtórzyła wybuchy. Z Magician School for Ambitious Students wybrano Brent'a Tarletona i Sally Munroe, Rose nie zapamiętała więcej znazwisk. W końcu przyszła kolej na wybór reprezentantów Hogwartu. Z Hufflepuffu zostali wybrani Mariette Venom i Adam Digorry, z Ravenclavu Mary Jones McRoad oraz Laurę Scott, a z Slytherinu Scorpiusa Malfoy'a i Williama Snape'a. Kiedy blondyn został wybrany słychać było jak powiedział z tryumfalnym uśmiechem wstając od stołu i idąc w kierunku dyrektora: „Ojciec będzie dumny”. Snape wyglądałtak dumnie jak chyba nigdy dotąd. Nie było się zresztą czemu dziwić; w końcu to jego bratanek został jednym z reprezentantów Hogwartu. Po Slytherinie przyszła kolej na Gryffindor. Rose nie mogła usiedzieć na miejscu z ciekawości.
-Molly, teraz nasz dom- Szepnęła w kierunku kuzynki. Dumbledore ostrożnie podszedł do Czary. Czara znów zalśniła i „wypluła” pergamin.
-Rose Weasley, Gryffindor.
Rose poczuła jak robi jej się gorąco. Serce zabiło jej mocniej. Zupełnie się tego nie spodziewała. „To niemożliwe”- Pomyślała- „Musiałam się przesłyszeć”. Wokół niej rozległ się głośny aplauz. Wszyscy popatrzyli na nią. „Chyba jednak dobrze słyszałam”.
-No idź- Szepnęła Molly spychając ją z krzesła. Rose podniosła się, dumnie podniosła głowę i ruszyła w kierunku Dumbledore'a. Kiedy mijała stół Slytherinu usłyszała złośliwe prychnięcia Cruelli i Katie.
-Wiedziałem, że ty też przejdziesz- Powiedział z uśmiechem na twarzy Scorpius. Rose uśmiechnęła się do niego. Odwróciła się bo dyrektor podszedł znów do Czary. „Ciekawe kto będzie ze mną?”- Zapytała sama siebie w myślach. Czara rozbłysła.
-Molly Weasley, Gryffindor.
Rose widziała, że Molly też nie może w to uwierzyć. Była tak samo zaskoczona jak ona, może nawet bardziej. W końcu otrząsnęła się z szoku i tak samo jak Rose dumnie przeszła przez Salę.
-A więc mamy już wszystkich reprezentantów- Powiedział z uśmiechem Dumbledore- Trochę was dużo... Mam nadzieję, że będziecie godnie reprezentować swoje szkoły. Proszę was tylko o jedno- Zrobił pauzę- Zachowujcie się przyzwoicie.
Wszyscy uczniowie nagrodzili przemowę dyrektora gromkimi brawami.
-Możecie rozejść się do swoich dormitoriów.
Przez Wielką Salę przelewało się teraz morze uczniów. Rose i Molly nie próbowały nawet się teraz wydostać. Usiadły na marmurowej ławeczce.
-Rose, to niemożliwe- Powiedziała z niedowierzaniem Molly.
- A jednak- Uśmiechnęła się do kuzynki Rose- Sama nadal w to nie wierzę...
- Lepiej uwierz- Uśmiechnęła się Molly- bo już niedługo pierwsze zadanie.
Rose nachyliła się do Molly.
- Widziałaś jak Snape się napuszył?- Szepnęła chichocząc.
- Ciii... bo jeszcze przyjaciel twojego chłopaka usłyszy.
- Molly, to nie jest mój chłopak. No tak...- Uśmiechnęła się- Źle się wyraziłam. Powinnam powiedzieć „twój przyjaciel”.
-Molly, przestań- Rose naburmuszyła się.
- Ok. Nic już nie mówię- Odparła z uśmiechem Molly i obie zadowolone z siebie ruszyły w kierunku dormitoriów. Kuzynki nie zdawały sobie jeszcze z tego sprawy jakie trudności i niebezpieczeństwa będą czyhały na nie w najbliższej przyszłości.

(Autorka: Kinga)

wtorek, 1 lipca 2014

Podziękowania!!! <3

Chcę podziękować Wam wszystkim za 5000 wyświetleń. :) Dziękuję stałym czytelniczkom (i jednemu czytelnikowi) :), a mianowicie:
- Elli
- Annie 
- Samanthcie
- Mai
- Pinksaw
- Isie Ch
- Brandonowi Lee
- Zwariowanej Blue
- Adze
- Agnieszce Szczecina
- Kolorowemu kwiatuszkowi 
- I wszystkim innym!!!

W nagrodę za tyyyle wyświetleń, z prawej strony pojawiła się ankieta. Głosujcie, o czym chcecie następny extra - rozdział. Będzie to taki jedyny. Planuję, co 500 wyświetleń robić właśnie takie głosowanie. Myszki w dłoń i oddawajcie głosy!!! :)

Evenstar

Wyniki konkursu wakacyjnego

I miejsce zajmuje Annie Lynch za:
poprawne odpowiedzi, 
opis Molly Weasley,
notkę polecajacą bloga: fear-is-a-poison.blogspot.com

II miejsce zajmuje Ella Nightmare za:
poprawne odpowiedzi, 
opis Mariette Venom,
notkę polecajacą bloga: klaus-mikaelson-opowiadanie.blogspot.com

III miejsce zajmuje Pinksaw za:
poprawne odpowiedzi, 
opis Molly Weasley,
notkę polecajacą bloga: pinksaw-opowiadania.blogspot.com

NAGRODY TO:
- obserwacje, 
- komentarze, 
- recenzja,
- niestety, problem jest z naszyjnikami. Miesiąc temu je zamówiłam i jeszcze nie przyszły, myślę, że w ogóle do mnie nie dotrą. Zamiast nich na hogwart-naszymi-oczami.blogspot.com pojawią się buttony Waszych blogów.  Mam nadzieję, że to uczciwa zamiana. :)

Gratuluję wszystkim i dziękuję za udział! Pozdrawiam cieplutko,
Evenstar




wtorek, 24 czerwca 2014

Rozdział V

Molly wyszła z lekcji eliksirów i natychmiast, podśpiewując, zbliżyła się do stojącej pod ścianą Laury. Podeszła do niej od tyłu i poczochrała włosy. Laura wzdrygnęła się i odwróciła się gwałtownie.
- A, to ty Molly.
- A myślałaś, że kto? Biała dama? A może twój Romeo na czarnym wierzchowcu? - Zmrużyła oczy tak śmiesznie, ze Laura aż się roześmiała.
- Oj, panno wtrącalska... - Krukonka pogroziła palcem czarnowłosej.
Przez chwilę stały w milczeniu. Za chwilę Molly wylała z siebie dosłownie potok słów:
- Byłaś niesamowita, serio. Ale dałaś popalić Snape'owi. Chyba już wszystkich wkurza. Widziałaś, jak na ciebie patrzył. Łał, to było super!
Laura patrzyła na przyjaciółkę z rozbawieniem.
- Teraz czekam aż ty z Rose zrobicie następny ruch przeciwko Snape'owi. - Zażartowała.
Molly przestała się śmiać. Momentalnie spoważniała. Położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki i powiedziała cicho:
- Zdaje mi się, że nie będziesz musiała na to długo czekać. I wiesz co? Razem, we trójkę: ty, ja i kochana Rose - na pewno zwyciężymy.

***

O godzinie dwunastej Molly siedziała przed karczmą w Hogsmeade i trzymała w dłoniach talerz spaghetti w ostrym sosie. Korzystając z tego, że nikt na nią nie patrzył, pomagała sobie w jedzeniu palcami, a gorący sos stworzył śmieszne wzorki w kącikach jej ust. Własnie gdy rozkoszowała się smakiem swojego ulubionego dania, usłyszała głos, który sprawił, że aż podskoczyła:
- A kogo to moje piękne oczy widzą?
Stał przed nią Mario Reddy i patrzył na nią z ironią w oczach. Molly szybko wytarła chusteczką drobną buzię i spojrzała na niego obojętnie.
- Cześć, Mario.
- Nie widziałaś gdzieś Mary Jones?
- Nie, niestety. Pewnie znowu jest z Juanem McQuennem. 
Mario spojrzał na nią podejrzliwie:
- Skąd takie przypuszczenie? 
Molly niecierpliwie wzruszyła ramionami.
- Spaghetti mi stygnie, idź już. 
Mario odwrócił się, a Molly zdążyła krzyknąć za nim jeszcze:
- Mary Jones idzie uliczką z prawej!
Mario zrobił się cały czerwony, szepnął w stronę czarnej: "Dzięki" i popatrzył w drugą stronę. To co zobaczył, nie było dla niego miłe. Drobniutka blondynka - Mary Jones, szła za rękę z Juanem McQuennem. Chłopak szeptał jej coś na ucho. Mary śmiała się cichutko i wyglądała po prostu uroczo.
- Zabiję go... - Szepnął do siebie Mario, a Molly spokojnie wróciła do jedzenia spaghetii w (już nie) gorącym sosie.

***

Na Wielkiej Sali zgromadzili się wszyscy uczniowie Hogwartu. Okazją było powitanie innych szkół przybywających na Turniej Trójmagiczny. Molly ziewała z nudów. Sten był porządnie wkurzony, bo kazano mu usiąść przy stoliku Ravenclawu, a on chciał być przy swojej dziewczynie. Na dodatek, żeby nie mógł się do niej przemknąć, za ramię przez cały czas trzymał go Snape i uśmiechał się wyjatkowo złośliwie. 
Na scenę wyszli uczniowie z Magician School for Ambitious Students. "Nudziarze..." - Pomyślała Molly. Uczniowie ubrani byli w długie szaty. Było wśród nich kilku przystojniaków, ale... nie, nie, nie, to nie były jej klimaty.
Następnie weszli uczniowie z Charamiko. Z pewnością byli ciekawsi od swoich poprzedników, ale nie byli w stylu Weasleyówny.
 Uczniowie z Luksison Magician School też nie skradli jej serca.
Gdy Dumbledore zapowiedział ostatnią grupę: Happy Magician School, Molly spodziewała się kolejnej "wybitnie oryginalnej" szkoły. Odwróciła głowę. Nagle usłyszała gwizdy i okrzyki zdumienia uczniów Hogwartu. Z ciekawości popatrzyła na scenę i omal nie spadła z krzesła. Zobaczyła chłopaków i kilka dziewczyn ubranych w stylu emo, gothic, punk, metal, rock, glamour i innych. Jedna uczennica z Hapy Magician School spojrzała w stronę Molly i uśmiechnęła się porozumiewawczo. Kilku "Hogwartowiczów" popatrzyło z zazdrością na Weasleyównę, która jako jedyna w Hogwarcie obnosiła się ze swoim stylem emo.
Molly wychyliła się, żeby lepiej przyjrzeć się przybyłym gościom. Szczególnie jeden chłopak zwrócił jej uwagę. Miał na sobie luźną bluzę w stylu rock z wymalowaną wielką flagą USA. Był nawet przystojny, ale nie o to chodziło. Na jego ustach błąkał się ironiczny uśmieszek, tak jakby to całe przywitanie mocno go bawiło. "Drań." - Pomyślała z sympatią Molly. W tym momencie spojrzał na nią. Tak, spojrzał! Uśmiechnął się lekko, wciąż nieco ironicznie i dotknął opuszkami palców czapki z daszkiem, jakby chciał ku niej zasalutować. Mo roześmiała się na głos, tak że kilku Gryfonów zaczęło szeptać: "Ciiii..." i "Szaaa..." albo przykładać palce do ust w uciszającym geście. Ale ją to nie obchodziło. Poczuła dziwną nić porozumienia z tajemniczym chłopakiem z HMS - u.

***

- I jak ci się podobało, Mo? - Zagadnęła Rose po wyjściu z Sali. 
- Mogło być lepiej, ale szczerze mówiąc, będziemy mieć z naszymi gośćmi niezły ubaw.
- Też tak myślę. - Przytaknęła Rose. - Widziałaś, ilu tam było przystojnych facetów. Wow...
Molly roześmiała się cichutko.
- Uważaj, bo jeszcze Scorpius usłyszy. 
Rose machnęła ręką. 
- Co ty, on? Eee tam. Chyba dam sobie z nim spokój. 
- Mhm. 
- No co "mhm"? - Zapytała niecierpliwie Rose.
- Nic. 
- Znam to twoje "mhm"! Coś niby mówisz, uśmiechasz się tajemniczo, ale nic mi nie poradzisz!
Molly uszczypnęła ją żartobliwie w policzek.
- Muszę cię opuścić na chwilę, wpadnij do mnie później.
- Co, już się zbierasz? Czemu? - Zdziwiła się Rose.
- W naszym kierunku idzie Scorpius. Tacha różę pod ręką. I coś mi się zdaje, że to nie dla mnie. 
I chichocząc, Mo ruszyła schodami na górę. Wychylając się przez balustradę, dojrzała jeszcze jak Scorpius szepcze coś Rose na ucho, a ona udaje obrażoną. "Zakochańce..." - Pomyślała Molly i przeskakując po kilka stopni, wpadła do swojego pokoju. 

***

Na kanapie w jej pokoiku siedział Sten. Na jego widok aż podskoczyła.
- Cześć Sten, co tu robisz?
Popatrzył na nią, śmiesznie mrużąc oczy.
- Spodziewałem się milszego przywitania. 
- Proszę bardzo. 
Sten popatrzył z rozbawieniem na swoją dziewczynę. Mo wyszła z pokoju, zatrzasnęła drzwi, odczekała pięć sekund, zapukała i weszła z powrotem. Usiadła obok chłopaka, objęła go ręką i powiedziała:
- Cześć Sten, co słychać?
- No, już lepiej. - Roześmiał się. 
Chwilę siedzieli w milczeniu. 
- Niezły cyrk, co?
- Hm? 
- Mówię, że niezły cyrk był na Sali. - Powtórzył Sten. 
Molly wstała i spojrzała przez okno. Na ulicy stał chłopak w czarnej bluzie z wymalowaną flagą USA. Patrzył prosto na jej okno. Chyba musiał dojrzeć jej sylwetkę w szybie, bo nagle zaczął wywijać swoją różdżką, a nad nim pojawiły się złote litery: DZIEWCZYNA Z CZARNYMI WŁOSAMI W KRATKOWANEJ SUKIENCE JEST PROSZONA O ZEJŚCIE NA DÓŁ. Molly szybko zasunęła firanki. Usiadła obok Stena. Miał raczej smętną minę.
- Coś cię gryzie? - Zapytała z troską.
- Wiesz... Muszę ci coś powiedzieć.
- No? - Ponagliła go Mo.
- Wyjeżdżam.
Molly zerwała się z miejsca, tak że jej czarne włosy zawirowały w powietrzu.
- Co?!
- Uspokój się, usiądź!
- Dlaczego wyjeżdżasz?! Na ile?
Sten zmarkotniał.
- Na trzy miesiące.
- Ależ, przecież nie zobaczysz nawet naszego Turnieju!
Sten włożył ręce do kieszeni.
- Wiem, ale widzisz... Usiądź, proszę cię.
Tym razem Molly spełniła prośbę. Usiadła i obserwowała go czujnie spod czarnych rzęs.
- Nie mówiłem ci o tym, ale moja matka jest mugolką. Kilka lat temu mój ojciec nas opuścił. Tak po prostu. Teraz... Spotkali się z matką. Chcą do siebie wrócić. Ja... nie wiem co z tego wyjdzie, ale ojciec prosił, żebym również przyjechał do domu. Rozmawiał już z Dumbledorem. Dostałem "urlop". - Roześmiał się raczej smutno.
- Rozumiem. - Molly objęła go ręką i wtuliła się w jego ramię. Przypomniała sobie swoich kochających ją rodziców. Zrobiło jej się przykro. Sten wyjął coś z kieszeni.
- Mam tu coś dla ciebie, żebyś zawsze o mnie pamiętała.
Molly wzięła do ręki mały przedmiot. Była to bransoletka. Do każdego ogniwa przymocowany był brelok. Spojrzała uważnie i roześmiała się.
- Ależ to nasza historia! Ten pierwszy przedstawia gitarę - na koncercie pierwszy raz cię zobaczyłam. A ten drugi to kubek kakao - pijam go, jak podszedłeś do mnie, gdy pokłóciłam się z... - Przerwała nagle.
- Z Willem. Wiem o tym. - Uśmiechnął się.
- A to gałązka rabarbaru. Haha, takie jest nasze hasło do domu Gryffindoru. A to czarna sukienka - miałam ją na sobie na pierwszej randce z tobą.
Siedzieli tak do wieczora i odgadywali, co oznaczają poszczególne przedmioty. Potem poszli do karczmy w Hogsmeade i zjedli pizzę. Długo spacerowali korytarzami Hogwartu. Ale Sten musiał w końcu wyjechać. Pocałował Mo na pożegnanie i powiedział niby to wesoło:
- Będę pisał.

***

Molly długo patrzyła za znikającymi trzema sylwetkami: Stena i jego rodziców. Usiadła na chodniku i dopiero teraz poczuła, jak strasznie jest zimno. Szczękając zębami pobiegła w kierunku drzwi wejściowych. Ale ktoś już przed nimi stał. Był to ten sam chłopak, którego widziała rano. Zmieniła kierunek, nie miała ochoty teraz z nim gadać. Teraz, gdy Sten wyjechał... Po chwili usłyszała zbliżające się kroki. "Boże, czy on musi teraz za mną łazić?!"
- Cześć, jestem Rett Butler, a ty?
- Czego ty w ogóle chcesz? Chodzisz za mną jak jakieś widmo od samego rana. Daj mi spokój.
- A więc ukochany wyjechał? - Wyszczerzył zęby w ironicznym uśmiechu.
- Skąd wiesz? Zresztą nieważne. Nic nie wiesz o tym, jak jesteśmy blisko ze Stenem. Więc spadaj, jak zamierzasz z tego żartować.
- Ależ, panno Weasley! Bardzo przepraszam.
I znów ten sam ironiczny ton.
- Nawet nie zapytam, skąd znasz moje nazwisko. Bo wiesz co? Nie obchodzi mnie to!
- Z pewnością.
"Boże, czy on czyta w moich myślach, czy co?"
- Może lepiej odprowadzę panią do pokoju. Zimno, jak diabli, a pani jest w sukience.
- Znam drogę do swojego pokoju. - Mruknęła. - I przestań mówić do mnie "pani". To głupie. Nazywam się Molly, a Sten mówi na mnie...
- Mo.
Molly zacisnęła palce i odwróciła się ze zniecierpliwieniem. Nagle usłyszała z góry krzyk:
- Molly, co ty tam jeszcze robisz? Wpadnij do mnie do pokoju, napijemy się kawy!
- To Rose. Muszę iść.
- Jasne, ale zobaczymy się jeszcze?
- Mam nadzieję, że nie.
- A ja mam nadzieję, że tak.
Molly odwróciła się i pobiegła do Hogwartu. Zatrzasnęła Rettowi drzwi przed nosem i pobiegła do pokoju Rose.

(Autorka: Kaśka)